| Redaguje Jerzy Ganszer - aktualność 2009.11.09 |
Uwaga - opis trasy Maratonów jest opisany w roku 2006.
Maraton Jaskiniowy 2009
2009.11.07-08
Trasa tradycyjna od Mirowa do Podlesic przez Rzędkowice
Kursanci /10 osób/
Jarosław Kowal, Rafał Ficek, Wojciech Sikora, Kamil Chrobok, Paweł Kasperkiewicz, Katarzyna Okapiec-Krawczyk, Sebastian Krawczyk, Mariusz Damasiewicz, Ireneusz Maciągowski, Krzysztof Leszczyński
Obsługa i inni /14 osób/:
Wacław Michalski
Gabriela Michalska
Martyna Michalska - Osoba Towarzysząca
Katarzyna Szczerba
Grzegorz Kopciuch
Marcin Freindorf
Honorata Kaczmarek - Osoba Towarzysząca
Marcin Stachowiak
Jerzy Pukowski
Maciej Jeziorski
Jerzy Koczur
Andrzej Radecki
Bożena Gawlikowska
Beata Michalska
Jerzy Ganszer
Ekipa przeszła przez 20 obiektów jaskiniowych w czasie 20 godzin.
Dokładnie wysprzątana Jaskinię Piętrową Szczelinę. Tam też zainstalowano nowy zeszyt do wpisów, który w chwili obecnej nie zakłada się wynosić. Stare zeszyty leżakują u J.Ganszera i należy dodać, że nie są jego własnością - zostały wyniesione ze względu na "przepełnienie". Wpisy z tych zeszytów /kartek/ zostaną przeniesione do internetu. Udało się nam odgruzować wejście do Kamiennego Gradu, lecz dalsze wejście zablokowała wanta wciśnięta w początek studni zjazdowej. Miejsce to jest niebezpieczne, ze względu na możliwość zawalenia się stropu w tym miejscu ! Sugeruje się, aby tam wejścia ograniczyć do niezbędnego minimum. Na trasie w dwóch miejscach piliśmy ciepłe herbaty, w Rzędkowicach ognisko. W Jaskini Suchej udało się "upchać" w końcowej studni 14 osób. W jaskini Żabiej nasi kursanci mieli okazje zapoznać się z wychodzeniem na drabince sznurowej. W Jaskini Sulmowej ktoś pozrzucał żerdzie drewniane i zainstalował spity /bez plakietek/, te żerdzie leżą na dole w jaskini.
Komisja Heraldyczna Speleoklubu Bielsko-Biała postanowiła ufundować naszym kursantom, którzy dotrwali do końca specjalne dyplomy.
Osoby chcące napisać więcej szczegółów o tej akcji - bardzo są proszeni. Zostanie to umieszczone w sprawozdaniach i w specjalnym dziale na prywatnej stronie internetowej Jerzego Ganszera.
Maraton Jaskiniowy 2008
Według obliczeń Andrzeja Radeckiego - długość Maratonu w tym roku wynosiła 19 kilometrów.
2008.10.11-12
Maraton Jaskiniowy
1 - Agnieszka Kawik
2 - Jerzy Pukowski
3 - Jerzy Ganszer
4 - Krzysztof Borgieł
5 - Rafał Klimara
6 - Bożena Gawlikowska
7 - Andrzej Radecki
8 - Rafał Zarek
9 - Barbara Paruzel - Osoba Towarzysząca
10 - Jerzy Koczur
11 - Radka Brzezna - Osoba Towarzysząca
12 - Rafał Banaszek - Harcerski Klub Taternictwa Jaskiniowego Czechowice-Dziedzice
Spis kursantów:
1 - Tomasz Ligocki
2 - Bartosz Gawłowski
3 - Bartłomiej Hutniczak
4 - Piotr Sokołowski
5 - Maciej Waszek
6 - Marcin Stachowiak
7 - Grzegorz Piernik
8 - Adam Borys
9 - Maciej Jeziorski
10 - Daniel Kowalczyk
11 - Krzysztof Dziech
12 - Tymoteusz Głowacki
Pokonano całość trasy Maratonu Jaskiniowego /patrz Dział II poświęcony Maratonom/. Wysprzątano jaskinię Księdza Borka i Piętrową Szczelinę. W tej ostatniej jaskini jest księga do wpisów i należy ją wymienić /bo jest zapisana/. Jaskinia Kamienny Grad była częściowo zagruzowana i tam nie wchodziliśmy. Na zamek w Mirowie nie weszliśmy, bo jest tam remont, tak jak od kilku lat na zamku w Bobolicach.
Wszystkie obiekty jaskiniowe pokonali: Tymoteusz Głowacki, Maciej Jeziorski, Marcin Stachowiak, Piotr Sokołowski . Nasi kursanci mają swoją stronę internetową i należy sądzić, że tam coś napiszą.
Tutaj - http://www.sbbkurs.cba.pl/podstrona.php?id_form=5 jest sprawozdanie z Maratonu napisane przez Macieja Jeziorskiego.
Maraton Jaskiniowy 2007
2007.11.03-2007.11.04
Podczas przemarszu na dłuższym odcinku padał deszcz. Odwiedziliśmy dwa "przydrożne" bary. Próba rozpalenia ogniska nie powiodła się. Maraton zakończono we wiacie w pobliżu Jaskini Podlesickiej - tam większość osób spała. W piętrowej Szczelinie spotkaliśmy członków Speleoklubu Dąbrowa Górnicza z Litwinami - w sumie 8 osób. W tej samej jaskini wpisano się do specjalnej puszki /naklejka klubowa/ - dla właścicieli puszki można dodać, że w księdze wpisów nie ma już miejsca.
Osoby chcące bardziej szczegółowo opisać tą ciężką akcje - mogą zrobić i zostanie to zamieszczone gdzieś na naszej stronie www.
W sumie na wyjeździe pojawiło się 21 osób w tym 10 kursantów.
Maraton Jaskiniowy 2006
Źródła wspomagająca:
Maraton roku 2005 był dość standartowym, choć należy stwierdzić, że był pierwszym z całkowitym wykorzystaniem samochodów. Auta były rozmieszczone w Niegowej i Podlesicach. Samochody nie miały wpływu na przebieg marszu, choć wpłynęły trochę destruktywnie na morale zawodników nad ranem /część osób chciała spać, a cześć wracać/ - w przyszłych latach "to zjawisko" zostanie odpowiednio dopracowane.
Marsz rozpoczęto z Mirowa w kierunku Jaskini Księdza Borka, na "polance" kierownik wyjaśnił młodzieży główne idee Maratonu, sposób zachowania się, uświadomił wszystkich, że nie mają obowiązku wchodzić do jaskiń jeżeli się źle czują itp....W jaskini ekipa zjeżdżała we francuzie, a wychodziła bocznym obejściem. Kierownik stał w takim miejscu aby "łapać ewentualnych słabeuszy". Tutaj już zauważono, że poważna część młodzieży nie ma zapasowego źródła światła! Po wyjściu ekipa przemieściła się do Jaskini Piętrowej Szczeliny. Tutaj zastosowano trochę techniki, czyli kursanci zabrali uprząż jaskiniową z lonżami, które przydały się na trawers studni wlotowej. Zjazd w jaskini odbywał się we francuzie. Nowe rzeczy, które zaobserwowano w jaskini to stałe ubezpieczenia. Na trawersie brakuje jednego "spita", ale w sumie jest lepiej niż w latach poprzednich. Wysprzątano jaskinię ze śmieci jak i pierwszą oraz dwie następne /był na to przygotowany odpowiedni wór/! W Kamiennym Gradzie zastosowano zjazd we francuzie i wyjście "na byka" z górną asekuracją. Nie wszyscy dotarli do dna ze względu na zacisk w partiach przyotworowych. Po przejściu pod zamek zjedliśmy coś w Barze. Na zamek w Mirowie w tym roku po raz pierwszy nie ma wejścia - podobno jakaś ściana się zawaliła i opiekunowie ruin zamurowali wszystkie wejścia. Następnie ekipa przemieściła się w rejon Jaskini Suchej, ale przed jej zwiedzeniem wszyscy weszli do Garażu w Mirowie - jest to taki wielki tunel z dużym otworem. W tym roku ktoś tam rozstawił wiele świeczek /lampionów/ i było dość "nastrojowo" - ciekawe czy te lampiony zostały przez zainteresowanych pozbierane? Ekipa weszła do schroniska powyżej /schronisko Piekiełko/, a potem wszyscy kursanci i inni ochotnicy weszli do Jaskini Suchej, gdzie byli skutecznie upychani na dnie przez kierownika. Ula miała jakieś problemy z pająkami, ale koledzy dzielnie je pousuwali i "było dobrze". Oczywiście w jaskini poruszano się bez żadnego sprzętu z wyjątkiem kilkunastometrowego odcinka liny zahaczonego za "stary majzel". Po minięciu zamku w Bobolicach grupa dzielnie poruszała się do przodu. Po odpoczynku na asfalcie ekipa przeszła przez Hucisko i pod wieczór dotarła do Rzędkowic /dłuższy odcinek po asfalcie/ gdzie wszyscy byli zmuszeni do wejścia do Jaskini J1 /wg Kiełkowskich/, jest to dwuotworowy pionowy komin/ - jak zwykle jest tam totalny przeciąg, w innych latach nasi biedni kursanci byli zmuszani do wychodzenia lub zjeżdżania w tym ciekawym miejscu. Dotarliśmy do Okna Rzędkowickiego i następnie do Garażu. Tutaj był dłuższy odpoczynek, nawet zrobiliśmy ognisko. Było miło i spokojnie do momentu w którym kierownik nie rozkopał ogniska i kazał iść "za sobą". A teraz przedzieraliśmy się przez las, bo tu kiedyś był młodnik, a potem wyrósł duży i jak zwykle nie było wiadomo czy idziemy dobrze. Leśną drogą /zauważono pierwszych maruderów/ dotarliśmy pod Bibliotekę, gdzie z marszu przeszliśmy przez "szczelinę na wylot ?" i od tyłu doszliśmy do Jaskini Żabiej. Tutaj kierownictwo zarządziło zjazd w kluczu, ku przerażeniu pewnej części zgromadzenia i wyjście po drabince. Należy sądzić, że kursanci zjeżdżali w ten sposób po raz pierwszy i długo zapamiętają tą przygodę. Wychodzenie odbyło się po nowej klubowej drabince, która używana jest sporadycznie na wyjazdach kursowych. Zjazd jak i wychodzenie odbywało się z asekuracją odgórną. W tym miejscu wszyscy już dobrze się orientowali, że do końca zostało tylko 9 obiektów jaskiniowych. Następna jaskinia /po drobnym błądzeniu/ to Sulmowa /lub Sulmowska/ - kawałek liny i dalej bez sprzętu. Przy otworze część tak zwanej obsługi już drzemała. Następnie koło otworu Jaskini Szpatowców /kiedyś przez Bielsko nazywaną Kalcytową/ dotarto do Jaskini Babie Nogi /chwila/ i dalej wszyscy zostali przegonieni do Schroniska Południowego i po krótkiej chwili podeszliśmy pod Jaskinię Małą Szpatwców. Tutaj młodzież mogła się wreszcie ubrać w sprzęt techniczny. Po sprawdzeniu każdy z delikwentów zjechał do nory i wspinaczkowo wyszedł na powierzchnię. Jaskinię Szpatowców pokonano dość sprawnie pamiętając o złej sławie tej nory. Jak zwykle na dole siedział Jerzy Pukowski i koordynował wszystko z dołu i "bardzo wrzeszczał" jak "hołota" z góry wrzucała mu kamienie /oczywiście kamienie latały przypadkowo, choć należy powiedzieć, że wynikało to jeszcze z małego obycia jaskiniowego naszej młodzieży/. Jako ciekawostkę można dodać, że podczas tego wyjazdu poniżej półki zastosowano same odciągi /w sumie 5/ co trochę przyśpieszyło akcje. Należy dodać, że umiejętne zastosowanie odciągów w tej jaskini wydaje się optymalne. Opis techniczny tej jaskini znajduje się w Zacisku nr 17 /2000r/ na str. 13. Po wyjściu z jaskini po obudzeniu "Muzyczków", którzy wylegiwali się w śpiworach, w stanie dość poważnego "przymulenia" biedni kursanci zostali zapędzeni do Jaskini Głębokiej gdzie byli zobowiązani sami zwiedzić salę z naciekami za korytarzem "Esso" - z tymi partiami można się zapoznać w Zacisku nr 5 /1988r/ str. 39. Po przejściu /na wylot/ przez północną część jaskini skierowano się w kierunku Góry Kołoczek i z marszu kursanci weszli do Schroniska pod Hokejką /wg Kiełkowskich/ /dwa otwory/, potem zostali spuszczeni do Wilczego Avenu między Jędzą i Ptakiem /wg Kiełkowskich/ mogli tu używać sprzęt, należy zaznaczyć że Aven ten był praktycznie w całości przykryty pościnanymi drzewami i można do niego było wpaść. Ostatnia jaskinia była Jaskinia Berkowa /w środowisku bielskim nazywaną Kalesonową/, kierownik ustawił kursantów według wzrostu - tak, że grubasy znaleźli się na końcu i aby w razie problemów nie blokowali innym marszu. Reszta ekipy zabrała wszystkim plecaki i przeszła przez "przełęcz" pod Wieloryba, gdzie oczekiwano na bohaterów. Uwaga w nomenklaturze powierzchniowców Wieloryb nazywany jest "Skałą Kazerną".
Większa część kursantów przeszła 20 obiektów jaskiniowych. Marsz zakończył się "pod Ryglem" - skąd w linii prostej udaliśmy się pod Ostaniec w Podlesicach, tam "zapakowaliśmy" się do aut. Według obliczeń szacunkowych pokonano 16.5 kilometrów w ok. 16 godzin. Grzegorz Michałek, który na tym wyjeździe należał do "Kasty Obsługi" robił pomiary GPS wszystkich obiektów, które zwiedzaliśmy. Uwaga z obserwacji autora wynika, że nie nie ma sensu dokładać większą ilość jaskiń, bo to już zagrażałoby bezpieczeństwu młodym adeptom taternictwa jaskiniowego.
Autor działu J.G.
Maraton Jaskiniowy 2004
2004.10.23-24 Maraton jaskiniowy
Marcin Procner - kursant
Jakub Gawłowski - kursant
Janusz Drąg - kursant
Bartłomiej Juroszek - kursant
Adam Kubiak - kursant
Katarzyna Kasprowska - kursant
Bartosz Kaszuba - kursant
Jerzy Pukowski - obsługa
Jerzy Ganszer - obsługa
Agnieszka Kawik - Osoba Towarzysząca
Akcja przebiegała bez zakłóceń, pokonano 21 obiektów jaskiniowych na trasie Niegowa - Rzędkowice - Podlesice.
Uwagi końcowe: W Jaskini Sulmowej należy wbić spity. Ekipa wysprzątała Jaskinię Księdza Borka i Piętrową Szczelinę. Do Niegowej z Myszkowa dojechano taksówką towarową ze względu na brak autobusów! W "Garażu" w Podlesicach nad ranem spotkano biwakujące dwie osoby. Nad ranem w Zajeździe Jurajskim w Podlesicach grała dalej muzyka - ze względu na "słabość poranną" ekipa nie zdecydowała się odwiedzić kolegów na Speleokonfrontacjach, które w tym czasie odbywały się w Zajeździe. Przy jaskini Szpatowców zaobserwowano solidną metalową balustradę. Solidnie wysprzątano Piętrową Szczelinę.
Możliwe, że któryś z kursantów zdecyduje się bardziej szczegółowo opisać akcję -- to wtedy zostanie to opublikowana w tym miejscu poniżej.
Marcin Procner przysłał:
Jeśli mogę wyrazić moją opinię w tej sprawie, to wydaje mi się że wypad mimo paru nieszczęśliwych "ewolucji" i latających kamieni, można uznać za udany co potwierdza brak ofiar w ludziach mimo iż kolega Jerzy Ganszer wcześniej zasugerował nam że może zapachnieć trupem...
Bartosz Kaszuba przysłał:
Tak jak prezes stwierdził akcja przebiegła bez zbędnych zwłok do noszenia. Ja w biegu przed każdą z jaskiń, z upierdliwością godną faszysty bądź teściowej zapisywałem na paragonie ze sklepu typu "Szajsland"(Kaufland) kolejne nazwy jaskiń, które, odnoszę wrażenie, Jerzyk(Wielki G.) wymyślał na poczekaniu:) tak wygląda w/w lista:
1) J. Księdza Borka
2) Piętrowa Szczelina (odkryto krasowe pokłady piwa tyskiego-to chyba gratisy za wejście do niej)
3) J. Kamiennego Gradu
4) Jasny Schron(?)
5) Skała z Grotą(?) znaki zapytania kazał mi pisać Jerzy przy nazwach, których może za dobrze nie pamiętać (w końcu młody juz nie jest -to się chyba Alzchaimer nazywa- co było widać na ścieżkach po których chodziliśmy w kółko przez jakieś 25 minut. Ob. Ganszer rzekł : "...musimy mieć księżyc po prawej..." no i zaraz gdy to stwierdził brnęliśmy przez jałowce z księżycem na plecach.
6) J. Sucha
7) Komin w Rzędkowicach
8) Okiennik Wielki
9) Garaż (tam szef uczył nas rozpalać ognisko, czekaliśmy dłuższą chwilkę na ciepełko ponieważ Prezesso wziął z domu papier z atestem, nie chciał się palić, proponowałem mu moje paragony ze sklepów i bankomatów, ale chyba nie słyszał, albo poprostu z taką ignorancją odmówił przyjęcia pomocy)
10) J. Żabia - tutaj dołączył do nas partyjny weteran kolega Pukowski Jerzy. W dziurze latał nietoperz na wysokości naszych bioder- chyba sprawdzał, czy aby na pewno poprawnie mamy założone uprzęże.
11)Schr. na Bibliotece - przechodziliśmy szparą jak mole książkowe
12) J. Sulmowa - nie pamiętam tej jaskini, byłem w stanie duchowym
13) Babie nogi - rzeczywiście strasznie krzywe te skały:)
14) Schr. Południowe
15) Mała Studnia Szpatowców
16) Wielka Studnia Szpatowców - to właśnie tutaj prezes straszył, że może zapachnieć trupem, coś owszem czułem, mogłem sprawdzić podeszwy, bo może w coś wlazłem. "Szczęścia chodzą parami" - wersja nowoczesna "Szcześcia chodzą pod podeszwami".
17) J. Głęboka
18) Dwa Otwory - tą nazwę na poczekaniu wymyślił nasz mentor Jerzy
19)Wilczy Dół (Jar) ??
20) J. Berkowa (kolejka za mięsem) - to był miły żart prezesa na zakończenie traski.
Gdy już przeciśnęliśmy się przez tą ostatnią szparę, podczas przebierania i załadunku stwierdzono, iż prezes zasnął, choć twierdził, że pierwsze śnięte ryby to będą palacze - 2 sztuki (mieliśmy z Wielkim J. paść już o 16.00 poprzedniego dnia)
Szef napisał w sprawozdaniu, że było 21 jaskiń, może mi coś brakować, no chyba że Jerzyk liczy jeszcze kamienny jurajski przystanek autobusowy w Podlesicach na którym bezczelnie nas porzucił z kolegą Pukowskim. Po chwilowej analizie rozkładu jazdy stwierdziliśmy, prezzesso zasnął specjalnie, abyśmy się spóźnili na pierwszy autobus.
No i teraz to na czym Wielkiego G. nie było. Z przystanku udaliśmy się do zajazdu zobaczyć te "speleokonferencje" (jak stwierdziła panna Kasia), "słabość poranna" była tylko przykrywką, żeby Ganszer mógł spokojnie zasnąć czując się spełnionym w roli stręczyciela jaskiniowego:)
Okazało się, że muzyka na sali gra, czyli niby jest impreza, niestety tam pozostało jedynie "kruszywo" z D.G. tzn. najwięksi twardziele. Położyliśmy się w holu na kanapie i odganialiśmy się od powracających z imprezy na pokoje balowiczów, którzy koniecznie chcieli nam załatwić komplet łóżek. Stwierdzono u jednego osobnika dewiacyjne zachowanie, biedak myślał, że leży w domu obok żony i przez przypadek molestował na kanapie naszą osobę towarzyszącą- Agnieszkę. Jeden z Dąbrowiaków nam bardzo ładnie podśpiewywał własną wersję "U cioci na imieninach" -pozdrowienia dla niego. Dochodziła siódma rano my nadal bez snu, a tu nagle bar się otwiera ,Adam zareagował błyskawicznie krzycząc do pani bufetowej (kelnerki) 6 kaw poproszę, ja musiałem zamówić zaległy wczorajszy obiad i na śniadanie zjadłem kotleta z pyrami. Wróciliśmy następnie na przystanek, skąd miał jechać autobus do Zawiercia o 7.40. Minęło dużo,dużo czasu zanim przyjechał, już szliśmy na nogach do Myszkowa jak się pojawił, miał coś koło godziny spóźnienia. W końcu znaleźliśmy się na dworcu w Zawierciu i wreszcie kierowaliśmy się w stronę naszych łóżek.
No i to by było na tyle. Aha prezzesso stwierdził, że już jest za stary na takie maratony, więc darujcie mu tego w przyszłym roku - to prośba kursantów:). I przestroga dla przyszłorocznych kursantów, bierzcie sobie więcej wody niż 3 litry.
No i mamy dużo zdjęć w tym jedno zrobione Jerzemu z okienka na pace w naszej taksówce marki Żuk, którą jechaliśmy do Niegowej. Wielki G. wygląda w szoferce jak nawigator B-17 "Flying Fortrees" :)