| Aktualność 2009.05.21 |
Zbiór artykułów
Można przysyłać swoje dzieła na różne tematy. Całość redaguje J.G.
Spis treści "narastająco":
15 - Spływ Dunajcem 2009 - Wacław Kosmowski
14 - Akcja ratunkowa w Jaskini Śnieżnej 1976 r. - Edward Płaska
13 - List z Mombasy - Sławomir Kawecki
12 - Moja wspinaczka - Jenny Gruba
11 - Notatka o prusikowaniu - Jerzy Ganszer
10 - Studniczek - Jerzy Ganszer
9 - Eksploracja i inwentaryzacja Jaskiń polskich Karpat Fliszowych /2005-2006/ - Grzegorz Klassek, Tomasz Mleczek
8 - Jaskiniowa Baza Danych Polskich Karpat Fliszowych - Jerzy Ganszer
7 - Speleoklub Bielsko-Biała rok 2006 - statystyki, wydarzenia, osiągnięcia - Jerzy Ganszer
6 - Jaskinie Polskich Karpat Fliszowych - stan na 2005.09.23 - Jerzy Ganszer
5 - Podkowiec mały - najwyższe stanowiska jaskiniowe występowania tego ssaka w Polsce - Jerzy Ganszer
4 - Uwagi i zalecenia dla kierownika wyjazdu jaskiniowego w Tatry Polski organizowanego przez Speleoklub Bielsko-Biała - Jerzy Ganszer
3 - Przełęcz Mylna z nartami - Anna Smoter, Jerzy Ganszer
2 - Góra Trzy Kopce - Jerzy Ganszer
1 - Artykuł do Zacisku na 36-lecie Speleoklubu Bielsko-Biała, Zeszyt Kasowy 1969 - Jerzy Ganszer
15.
Spływ Dunajcem 29.04- 03.05.2009 r.
Każdy, kto urodzi ł się powsinogą, tylko patrzy okazji, by wyrwać się z domu na wolność, więc nic dziwnego w tym, że w majowy weekend części populacji nie wystarcza przydomowe grillowanie i rusza szukać wiatru w polu na rozmaitą modłę. Moje stado, czyli niżej podpisany pod czujnym okiem żony Katarzyny a wspierany przez córcię Zuzannę wybrało się na kolejny spływ.
Komary w maju ma ło krwiożercze są i przyjemnie zalegnąć znów na rzecznym piachu i pociągnąć „browarka" przy ognisku i żabim rechocie vis a^ vis księżyca wędrującego po niebie jakiego w mieście nie uświadczysz. Chociaż wcześniej planowaliśmy kontynuację rejsu Pilicą przez Puszczę Pilecką, to jednak zdecydowaliśmy się w ostatniej chwili, że pojedziemy na Dunajec poniżej Tarnowa. Przy suszy jaką mamy obecnie Pilica może być i pewnie jest płytka więc „burłaczenie" przez rzeczne łachy byłoby nieuniknione. Dunajec z kolei zbiera wodę z topniejącego ciągle w Tatrach śniegu i nie zawiodłem się na nim gdy w środę /29 kwietnia/ zatrzymaliśmy się „golfikiem" z kanadyjką na dachu przy moście nieopodal Żabna. Płynął bystro i wypełnionym optymalnie korytem. Po drodze trafiła nam się godna polecenia gratka. Jechaliśmy przez Suchą Beskidzką w kierunku na Bochnię i przed Sułkowicami zauważyłem napis „Cisy Raciborskiego 2 km". Wcześniej minąłem tablicę z nazwą miejscowości-Harbutowice i poczułem, że mocno mi na synapsach zaiskrzyło w okolicy hipokampu. To było to, co włóczykijom w smak. Ruszasz w drogę i przypadkowo rozwiązujesz zagadkę sprzed lat. Zawracamy skręcając w boczną drogę. Droga jest typu „do wioski tam i nazad" więc mijamy nieukrywających rozbawienia pracowników tartaku. Z łódką na dachu wyglądamy jak z innej bajki, zważywszy, że jedziemy wzdłuż ledwo sączącej się strugi drogą, która lada moment zmieni się w taką co to „Ino koniem" albo „terenową 4x4". Kiedy moment ten nastał, to zostawiliśmy „golfika" i zasięgnąwszy języka podeszli jeszcze pół kilometra. To były one. Dwa cisy, o których czytałem wiele lat temu i które były uznawane za najstarsze drzewa w Polsce. Rosną w obejściu mieszkających tam z dziada pradziada górali i pewnie są starsze niż nasze państwo. Wiek większego oceniany był kiedyś na 1,5-2 tys. lat. Obecne szacunki są ostrożniejsze ale trudne do weryfikacji metodami dendrologicznymi, gdyż drzewa są puste w środku. Gospodarze i ich pies byli na tyle serdeczni, że pożyczoną „metrówką" zmierzyłem obwód większego cisa. Miał w „pierśni" 330 cm. Nasze miejscowe najstarsze cisy w Bystrej i Szczyrku Biłej mają odpowiednio 180/190 cm obwodu i są oceniane na 700 lat żywota. Kiedyś myślałem, że te cisy rosną gdzieś w rejonie Harbutowic koło Skoczowa, ale odpytywani o nie znajomi leśnicy stwierdzili, że nigdy o takich nie słyszeli i że może chodzi o inne Harbutowice na Dolnym Śląsku, to sobie temat odpuściłem. O Internecie wtedy nikt jeszcze nie słyszał a że do tej pory skonfigurowany jestem analogowo, więc przypadkowe rozwiązanie zagadki urosło do rangi nadzwyczajnej. Nazwa „Cisy Raciborskiego" wzięła się od odkrywcy i inicjatora objęcia ich ochroną w latach 30- tych XX wieku. Gospodarz dostał nawet dotację na przeniesienie gnojnika z bezpośredniego sąsiedztwa cisów i fakt ten potwierdzony przez dzisiejszych mieszkańców upewnił mnie, że to są właśnie te cisy, których kiedyś koło Skoczowa szukałem bezowocnie. Dziękując za zaproszenie na herbatę ruszyliśmy w dalszą drogę, bo nasz zegar biologiczny tyka jednak odmiennie od cisowego. O zachodzie słońca zjechaliśmy planowo pod most na Dunajcu w rejonie Żabna. Podkręciliśmy tempo i miedzy pokrzywami stanął namiot a na piasku zapłonęło ognisko. Zuzia patykiem narysowała kolejną udaną świnkę aja pstryknąłem kapslem od piwa i wzniosłem toast za zdrowie anonimowych kloszardów, którzy tej nocy pod mostami zalegli chwaląc to sobie. Oczywiście kanadyjkę przezornie zostawiliśmy na dachu auta zgodnie z zasadą „co masz zrobić dziś zrób jutro", kiedy ktoś wystarczająco nieostrożny podejdzie w pobliże i będąc niewystarczająco asertywnym pomoże zdjąć ją z bagażnika i znieść do wody. Padło na fachowców, którzy malowali most od miesiąca i rano raźno wzięli się do pracy. Auto zostawiłem pod tymże mostem, gdyż szczęśliwym trafem fachowcy mieli w barakowozie stróża pilnującego sprzętu gdy kończą pracę. Z mapy wynikało, że mamy przed sobą do przepłynięcia 30-to km odcinek Dunajca zanim połączy się on z Wisłą w Opatowcu. Rzeka płynęła tak bystro, że odcinek ten pokonaliśmy w 3 godz. zatrzymując się jeszcze na żwirowej wyspie, gdzie zrobiliśmy z Zuzią rekonesans archeologiczny. Wśród ciekawszych znalezisk były skorupy ceramiczne od współczesnych po neolityczne. Te ostatnie były ręcznie lepione bez użycia koła garncarskiego, którego wtedy jeszcze nie wymyślono. Znaleźliśmy też skamieniałe jurajskie gąbki i amonity, kawałek zmineralizowanego czarnego dębu oraz liczne kości, w tym ludzkie (kawałek czaszki). Te ostatnie były pewnie echem dawnych wojen i bitew. W refleksyjnym nastroju dopłynęliśmy do Wisły w Opatowcu, gdzie na wprost przeprawy promowej stoi brązowy pomnik marszałka Józefa Piłsudskiego, nazywanego przez moich pochodzących z Wilna dziadków „Ziukiem". Upamiętnia on przeprawę i bitwę jaką stoczyli jego legioniści z rosyjskimi żołnierzami we wrześniu 1914 roku. Na biwak zatrzymaliśmy się na piaszczystej łasze parę kilometrów dalej. Następny dzień /piątek- l maja/ był dniem „plażowicza", gdyż wiał wyjątkowo mocny i niesprzyjający nam wiatr. Tropiliśmy z Zuzią ślady bobra i wydry. Przez lornetkę obserwowaliśmy też wiślane ptaki: zimorodki, czaple, bociany, kaczki i piskliwce. Wieczorem straszyła nas krążąca wkoło burza więc przezornie wymieniliśmy śledzie w namiocie na długie wiklinowe szpile. W sobotę /2 maja/ przy słonecznej pogodzie spłynęliśmy Wisłą około 20 km docierając do ujścia Nidy, gdzie z Zuzanną przebadaliśmy archeologicznie kolejną rzeczną łachę. Znowu były skorupy niegdysiejszych naczyń i budząca lęk misa ludzkiej czaszki. Znaleźliśmy też część wojskowej maski p-gaz. Ileż to tajemnic kryją mielące czas żarna rzecznych żwirowisk. Popłynęliśmy jeszcze kawałek Wisłą, która w porównaniu z Dunajcem toczy swe wody o wiele dostojniej. Na ostatni biwak zatrzymaliśmy się w pobliżu Samisławic gdzie możliwy był dojazd do rzeki samochodem. Kiedy nazajutrz rano gotowałem przy ognisku wodę na kawę zapoznałem się z miejscowym wędkarzem. Przy kawie i wędkach potoczyły się wiślane opowieści i nie dość, że wędkarz ów podarował nam złowioną rybę, to jeszcze zaoferował się, że podwiezie mnie w kierunku Tarnowa do naszego „golfika". Propozycja ta była z jego strony darem zaiste królewskim, gdyż wiem z doświadczenia, że podróżowanie autostopem w niedzielę po wiejskich drogach do łatwych nie należy. Upieczony przez Kasię na ognisku leszcz smakował wybornie i 2 godz. później podjechałem do czekających na mnie dziewczyn własnym autem. Znowu potwierdziło się porzekadło, że „głupi ma szczęście". Podróż powrotna oszczędziła nam stania w ulicznych korkach i wieczorem witaliśmy się przed domem z Nuką - naszym miauczącym i domagającym się pieszczot kocim szczęściem.
Wacek Kosmowski
14.
Akcja ratunkowa w Jaskini Śnieżnej - 1976 r.
Edward Płaska
Będąc na obozie letnim w roku 1976 końcem sierpnia i początkiem września robiliśmy wypady do różnych jaskiń. ,pewnego dnia wybraliśmy się w czwórkę żeby przejść Jaskinię Wielką Śnieżną i wyjść przez Śnieżną ( jeśli akcja ratownicza była w dniu 7.09.1976) to myśmy wyszli z obozu 6.09.1976 bo jeśli dobrze pamiętam ,byłem ja - Edward, Ziutka /Józefa Giża/ i dwóch innych chłopaków których imiona niestety już nie pamiętam, doszliśmy do otworu Wielkiej Śnieżnej bez żadnego kłopotu i też ze znalezieniem otworu nie mieliśmy żadnej trudności, zaczęliśmy zejście z wielkim entuzjazmem i pewna duma bo żaden z nas nie był jeszcze w Wielkiej Śnieżnej, każdy z nas był już w Śnieżnej, ja osobiście byłem dwa razy, wiec było to dla nas wielkie przyszłe odkrycie, nie było specjalnych trudności mimo ze nie znaliśmy drogi ,ale posiadaliśmy plan wiec mieliśmy do siebie zaufanie że nam nic się nie przydarzy, niestety napotkaliśmy trudności w odnalezieniu obejścia wielkiej studni która jak się nie mylę miała 100m ,ale było obejście przez dwie mniej głębsze które właśnie nie potrafiliśmy odnaleźć mimo planu, nie wiedząc czy to jest ta głęboka studnia lub jedno z obejść postanowiłem zjechać na linie która była zaczepiona i zwisała w głębię ,zapiłem się w "ósemkę" i miałem już zjechać, lecz lina w której już byłem wpięty wydawała mi za bardzo "mokra", za ciężka ,nasiąknięta dużą wilgocią, wiec zrezygnowałem i to był bardzo słuszny wybór gdyż po powrocie powiedziano nam ze miała gdzieś z 30 m tylko i była pozostawiona na pastwę speleologów przez innych którzy ją nie wyciągnęli, zaczęliśmy szukać intensywnie tego obejścia i po paskach "świecących" odnaleźliśmy właściwą drogę, po jakimś czasie byliśmy przed jedna ze studni ,oczywiście dużo, dużo mniej głębokiej jak tamta która mogła mnie "zgubić" jeśli bym zjeżdżał na niej ,z pewnością nie pisałbym tego wam dzisiaj, zjechaliśmy pierwszą studnie ,następnie druga ,oczywiście w między czasie podziwialiśmy to czego nie znaliśmy będąc tutaj po raz pierwszy, głupio by było tylko "przejść" dla przejścia nie patrząc na to co nas otacza, dochodząc do połączenia ze Śnieżną nie oczekiwanie spotkaliśmy inną grupę która normalnie już miała wyjść ze Śnieżnej przed nami tak żeby nie było zamieszania z wyjściem przez Śnieżną, wiec byliśmy zmuszeni przyhamować nasze wyjście, wiec czekaliśmy aż ta grupa będzie wystarczająco przed nami co już nam zabrało wiele czasu ,nie byliśmy na to przygotowani w żywności, ubiorze żeby czekać tyle czasu nie wiedząc co nas dopiero będzie czekało.
W tym momencie zaczęliśmy oczekiwanie aż grupa nas poprzedzająca i będąca spóźniona wyjdzie ze Śnieżnej i wtedy będziemy mogli dopiero my wychodzić, tak tez zrobiliśmy czekając ,upłynęło jednak sporo czasu zanim nie słyszeliśmy tej grupy i wtedy postanowiliśmy zacząć wyjście po tej długiej "pochylni" kaskadowo-wodospadowo, lecz po jakimś czasie usłyszeliśmy glosy i krzyki żebyśmy uważali bo powstała lawina kamienna i rzeczywiście słyszeliśmy spadające kamienie ,,schowaliśmy się tak żeby nie było żadnego niebezpieczeństwa dla nas i czekaliśmy aż nam powiedzą czy będziemy dalej mogli kontynuować, lecz nas ostrzeżono ze być może gdzieś po "drodze" kamienie są usadowione i zresztą dodano nam ze lina która była puszczona żeby się na niej zabezpieczać przy wyjściu była pocięta,, tego oczywiście nikt z nas nie przewidział i jeszcze mniej ile czasu będziemy oczekiwali, tak jak już wspomniałem nie byliśmy przygotowani ani ubiorowo ani żywnościowo na takie okoliczności ,mieliśmy zejść i wyjść i byliśmy nawet w czasie mimo perypetii z odnalezieniem "obejścia" wielkiej studni, czekanie zaczęło nas trochę zamęczać a szczególnie niewiadoma i wilgoć ,po długim czasie Misztal zjechał do nas zapewniając nas ze możemy dalej wspinać się do studni wyjściowej Śnieżnej ,lecz w czasie wspinania się zauważyłem z niepokojem że Ziutka zaczyna słabnąć , miałem wiele podziwu dla niej że to chce ukryć ale oznaki jej zmęczenia były coraz wyraźniejsze ,tak że przed samą studnią wyjściową nie była już zdolna pokonać samą ostatnią "kaskade", pomogliśmy jej się wydostać i znaleźliśmy się pod studnia wyjściową ,,,
Niestety widzieliśmy, że Ziutka nie będzie w stanie wpiąć się do liny i pokonać te metry które dzieliły na od wyjścia, była bardzo osłabiona obojętna na zimno i to mnie niesamowicie niepokoiło co było powodem podjęcia decyzji o zawołaniu GOPRu żeby Ziutkę wyciągnąć z ich pomocą, w pierwszym momencie tych dwóch kolegów z grupy miało wyjść o własnych siłach a ja miałem pozostać z Ziutką aż do przyjścia GOPRu, lecz jeden z tych kolegów nie był w zbyt wielkiej formie i myślę że nie byłby w stanie też wyjść o własnych siłach, wiec dla ratowania przez GOPR mała być Ziutka i ten kolega, ja z drugim mieliśmy wyjść sami po akcji ratowniczej i tak było postanowione przez, ale wiadomo dla tych którzy wiedzą co to jest przygotować akcje ratowniczą, ile czasu zabiera najpierw ich powiadomienie ,nie były to jeszcze czasy "komórek" gdzie po wyjściu można "zawiadomić" kogo się prawie chce, wtedy trzeba było nie tylko wyjść z jaskini ale jeszcze dotrzeć do możliwości ich powiadomienia, a dla nas w tedy zaczął się czas NIEOKREŚLONEGO oczekiwania, co można w tym czasie robić ? będąc już wymarzniętym, wygłodzonym w warunkach niekorzystnych na jakiekolwiek czekanie, moralnie podtrzymywaliśmy się i to było wspaniale ,do nikogo nie mieliśmy żadnej pretensji ,była to sytuacja "awanturnicza" nie chcąca przez nas , i też dlatego pozostała mi tak bardzo w pamięci i myślę że dla reszty z tej grupy też, w takich sytuacjach powstaje pewien związek przyjaźni który jest tak niezbędny w trudnych i nie przewidzianych sytuacjach, byliśmy prawie wszyscy wyczerpani tym czasem oczekiwania a Ziutka nam słabła i stawała się obojętna na wszystko, tak mi jej żal było że tak odważnie poszła z nami i co ją spotyka jest niesłuszne, nie pamiętam po jakim czasie GOPR zjawił się na dole studni ale mogę was zapewnić że dla nas były to wieki.
Dano nam ciepłe napoje ,czego nam tak brakowało od dawna żeby ogrzać nasze ciała już dosyć "zzimniałe", co do Ziutki nie było żadnego pytania czy ją goprowcy wyciągną , natomiast poprosiliśmy żeby ten drugi kolega też był wyciągnięty, nie byli za bardzo zgodni żebym został z innym i żebyśmy wyszli sami, upieraliśmy się bardzo ,może dla ambicji , może ego grotołaza było w nas ,lecz ratownicy mieli już wiele do czynienia z takimi jak my którzy przez odwagę, dumę odmawiali pomocy i później się kończyło na tragedii, więc myślę że podjęli słuszną decyzję że wyciągną nas wszystkich czyli całą czwórkę, trochę było polemiki i uporu z naszej strony w czasie wyciągania Ziutki, ale w końcu daliśmy się PRZEKONAĆ o konieczności nas wyciągnięcia i tak też się stało, co do mnie nie byłem z tego wcale dumny chociaż na obozie były tylko słowa poważania dla nas a nie jakiś tam zarzutów, wiele czasu upłynęło zanim się z tym pogodziłem że mnie "WYCIĄGNIĘTO", nie mogę teraz powiedzieć co by było gdybym się uparł i sam wyszedł, ale też ta sytuacja jak i inne w klubie pozwoliła mi na przeżycie ślicznych chwil z ludźmi w klubie - wspaniałymi , obdarzonymi koleżeństwem i tego się nie zapomina ,dlatego też mimo wielu lat które upłynęły jak wyjechałem z Bielska i pobytu w Paryżu, jak tylko jestem w Polsce jadę do Bielska żeby chociaż wewnętrznie przeżyć te chwile i lata spędzone w tym mieście i klubie ,były to najpiękniejsze bielskie lata w moim życiu, mam nadzieję że będziecie dla mnie pobłażliwi jeśli coś nie tak napisałem, chciałbym tylko przypomnieć że to było 30 lat temu ale jak każdemu z nas pewne fakty się zapomina a niektóre pozostają nie do starcia w pamięci, pozdrawiam wszystkich i dziękuję za zrozumienie być może - błędów , Eward.
Literatura: Michał Jagiełło - Wołanie w Górach /i późniejsze wydania/ wydanie II, Warszawa 1979 str.225 i 226
13.
List z Mombasy
PROLOG
kap, kap ... stróżki potu łączą się na skórze w coraz większe krople, aby po osiągnięciu masy krytycznej oderwać się od lepkiego ciała. Brudny i ohydny pokój w brudnym i ohydnym mieście. Najtańszy jaki znalazłem. Wiatrak mieli zatęchłe, gorące i lepkie portowe powietrze. Równik. Nie ma moskitiery, więc cały od stóp do głów spryskany jestem lepkim i śmierdzącym repelentem przeciw komarom. Przedziwna kombinacja lepkiego powietrza i lepkiego repelentu, ledwo da się tym oddychać. Brak piwa. Miałem dzisiaj pozwiedzać stare miasto, a tymczasem ledwo znajduję siłę, żeby zejść do sklepu po kolejną butelkę wody. Czas płynie niemiłosiernie powoli, leżę jak warzywo. Taaak, ci ludzie nigdy nie podejmą żadnych bardziej aktywnych i wymagających działań. Wszelkie dobre chęci i tak rozpłyną się w potwornym równikowym powietrzu, które ograniczy horyzont życiowy tubylców do przetrwania kolejnego dnia. Zupełnie tak samo jak nagle ograniczył się mój osobisty horyzont. Byle do jutra, byle jakoś przeleżeć pod wiatrakiem jeszcze jeden dzień ... kap, kap ...
***********************************************************************************************
UGANDA
Co ja wiedziałem o tym kraju ? Oczywiście nic. No, może jedynie, że leży w samym środku Czarnego Lądu. I jeszcze ewentualnie o potwornej dyktaturze Amina, chyba z którejś z książek Kapuścińskiego. Aaa, byłbym zapomniał – były jeszcze w dzieciństwie "Przygody Tomka na Czarnym Ladzie" Szklarskich, które podobno działy się w rzeczonym kraju. O tak klasycznych i bardziej ogólnych inspiracjach jak przygody Stasia i Nel nawet nie wspomnę, bo przecież który 10-latek nie chciał po przeczytaniu lektury przedzierać się przez busz i jeść codziennie chininy ?
Pomysł pojawił się dosłownie na kilka dni przed wyjazdem, kiedy siedząc na częściowo spakowanym plecaku wsłuchiwałem się uważnie w coraz to nowsze doniesienia o setkach ofiar śmiertelnych powyborczych zamieszek w Kenii. Sytuacja była niestabilna, a Ambasada RP pomagała Polakom w podróży w dokładnie odwrotną stronę od zamierzonej przeze mnie. Wizja planowanej od miesięcy skalnej wspinaczki na wschodniej ścianie Mt Kenya nagle zaczęła się niebezpiecznie oddalać. Tuż przed wyjazdem rozpoczęliśmy z Betty rozpaczliwe poszukiwania informacji o innych potencjalnych wspinaczkach w środkowej i wschodniej Afryce. Tanzania z majestatycznym Kilimanjaro odstraszała poziomem komercjalizacji. Wreszcie po przekopaniu tony albumów i magazynów wspinaczkowych pierwszy ślad - Góry Księżycowe, zagubione gdzieś w dżungli na granicy Ugandy i Konga, owiane aurą tajemniczości i niedostępności. W masywie znajduje się Peak Margherita (5109 mnpm), trzeci pod względem wysokości (po Kilimanjaro i Mt Kenya) szczyt Afryki. Smaku dodaje fakt, że Margherita nie jest wulkanem, lecz szczytem ukrytym w łańcuchu górskim. Niezrozumiałe dla tej szerokości geograficznej wydaje się spore zlodowacenie i zaśnieżenie tych gór.
Wszystko działo się bardzo szybko, ledwo wymieniliśmy w plecaku komplet kostek na szable śnieżną i śruby lodowe, a juz zgrabny samolot Air Kenya przenosił nas ponad ciemnymi wodami Jeziora Wiktorii z niespokojnej Kenii do nieznanej nam Ugandy.
Stolica - powiadają - zawsze jest najgorsza. Tak też się łudziliśmy, za dobry omen tego co będzie przyjmując małpki baraszkujące w ogrodzie naszego hotelu. Gwar, harmider, ukrop, kurz, brud, spaliny, tłum ludzi – to wszystko powodowało, że z przyjemnością i uśmiechem na twarzy wbiłem się o godzinie 7.00 w siedzenie kursowego autobusu z Kampali do Kasese. Nieco mniej uśmiechnięty, za to bardzo spocony, siedziałem bez ruchu cztery godziny później w tym samym miejscu na tym samym dworcu, uważnie obserwując jak autobus powoli wypełnia się pasażerami, bagażami, kilkoma setkami kurcząt, handlarzami obwoźnymi, sprzedawcami cudownych leków, jedzeniem i napojami, wszystko w ogólnym ścisku i smrodzie.
Później było już tylko gorzej, już na początku podróży w ogólnym rozgardiaszu plecak Betty jakimś cudownym sposobem wyparował bez śladu z autobusu. Szybkie podliczenie strat pod katem wspinania: buty górskie, okulary lodowcowe, filmy do aparatu, czołówka, kask. No, ładny początek, podsumowaliśmy, z niepokojem obserwując na nodze Betty pęcherz wielkości pokrywki od słoika - rezultat niefortunnego zsiadania z motocykla-taksówki w Kampali (Betty wykazała tu brak doświadczenia z wiejskich dyskotek).
Podbudowani moją naczelną górską dewizą (czyli "jakoś to będzie") oddaliśmy się podziwianiu obłędnie zielonych, pagórkowatych krajobrazów Ugandy, przeplatanych czerwoną ziemią i wioseczkami, z których obrazy mogłyby z powodzeniem zostać wykorzystane przez organizacje charytatywne do promowania w Europie troski i współczucia dla Afryki. Po wielu godzinach jazdy wesoły autobus zaczął obniżać się na dno Wielkiego Rowu Afrykańskiego, odsłaniając widoki na krainę sawanny oraz wielkich i wspaniałych jezior. Po drugiej stronie Wielkiego Rowu czekały Góry Księżycowe, otulone szczelnie gęstą pierzyną chmur.
TROPICIEL
Któż nie chciałby wytropić lwa ? No, o lwa to jest bardzo ciężko, ale innych zwierząt to jest po prostu zatrzęsienie, obiecywał nam przypadkowy naciągacz. Antylopy, bawoły, słonie to mamy jak w banku. Tylko trzeba zapłacić za kierowcę z samochodem, który dowiezie w odpowiednie miejsce, już on się na tym zna. Pewnie, że spróbujemy, przecież jesteśmy w Afryce a nie w zoo, a to spora różnica !
Po pierwszej godzinie jazdy z „tropicielem” wyłączyłem aparat gotowy do strzału, ponieważ patowa sytuacja niebezpiecznie nadwyrężała stan jego baterii. Po drugiej godzinie jazdy Betty osunęła się na siedzeniu i zaczęła drzemać (tropienie rozpoczęło się wcześnie rano). Po trzeciej godzinie zaczęło strasznie padać. Tak strasznie, że nawet nie dało się zrobić zdjęcia znudzonym leżącym w błocie bawołom, które nasz tropiciel w końcu „wytropił”.
Zrozumiałem wtedy, że zdjęcia do magazynu National Geographic nie powstają ot tak sobie, a dzikie zwierzęta wcale nie pchają się same przed obiektyw aby koniecznie pochwalić się jakie są piękne.
Ostatecznie jednak zwierzęta zobaczyliśmy. Ale nie na polnych sawannowych drogach, po których tłukliśmy się przez cały poranek. Zobaczyliśmy je wracając już z „tropienia” przy zwykłej asfaltowej drodze, tej samej którą jechaliśmy dzień wcześniej autobusem. Trzy słonie i spore stada antylop. Nasz tropiciel był niezwykle zadowolony z siebie, a ja jakoś nie mogłem pozbyć się myśli, że te słonie wcale nie musiały akurat przechodzić przez asfaltówkę kiedy przejeżdżaliśmy. Tropienie to bardzo nieprzewidywalna sprawa.
Jak bardzo nieprzewidywalna, przekonaliśmy się już wkrótce. Moje znudzone oko dostrzegło niespodziewanie w niewielkiej odległości wyprężoną sylwetkę wielkiego lwa. Nie, nie czaił się na nową zdobycz, prężył się bo robił kupę. Zaledwie kilka wspaniałych sekund kiedy lew zrobił co trzeba i ponownie położył się w trawie, zupełnie niewidoczny. Mieliśmy ogromnie dużo szczęścia ponieważ w dzień lwy śpiące w trawie są kompletnie niewidoczne, a biegają i polują głównie w nocy. I chociaż może nie jest to zdjęcie na miarę National Geographic, to jednak moje zdjęcie srającego lwa darzę ogromną nutą nostalgii i wdzięczności dla losu, że dane mi było przez tych kilka pięknych chwil oglądać Króla Zwierząt na wolności i poczuć się prawdziwym tropicielem.
RUWENZORI
W tutejszym języku oznacza to góry zsyłające deszcz, to wiedzieliśmy. Nie wiedzieliśmy tylko jak wiele tego deszczu zsyłają ...
Od początku miałem niejasne wrażenie, że tutejsi murzyni nigdy nie byli na żadnych kursach negocjacji. Tzn. ewidentnie nie dążyli do osiągnięcia kompromisu zadowalającego obie strony. Wręcz przeciwnie, negocjacje pojmowali w swoisty sposób jako postawienie muzungu ultimatum („muzungu” oznacza „białasa”, czyli taką odwrotność naszego słowa „czarnuch”, wszystko na opak...), na które albo muzungu się zgodzi i wyskoczy z dolarów, albo muzungu wróci do Europy i gówno w Ugandzie zobaczy. I chociaż moja handlowa dusza płakała, w ostatniej przejezdnej przed górami wiosce posłusznie pozbywaliśmy się nadmiernego zdaniem tubylców balastu dolarów, zatrudniając łącznie 7 osób. Co do przewodnika nie mieliśmy żadnych obiekcji, miał nas przeprowadzić przez lasy deszczowe i bagna, no ale 6 tragarzy ? Jeszcze nie wiedzieliśmy, jak bardzo będziemy dziękować losowi za tragarzy...
Już w pierwszym dniu podejścia niespodzianka – w górach, w których spodziewaliśmy się być zupełnie sami, natykamy się na wielką wyprawę z Austrii. Dwie niezależne grupy, starsi i młodsi Austriacy, łącznie 16 osób plus ponad 30 tragarzy niosących chyba wszystko co w niegościnnych górach może przypominać Austrię, łącznie z porcelanowymi talerzami do podania obiadu. Aż miło popatrzeć jak tragarze i kucharze uwijają się przy obsłudze Austriaków, gotują, zmywają, noszą wodę. Śmiejąc się z tego austriackiego zamieszania zasypiamy w namiocie.
Przez kolejne dni dowiadujemy się, że lasy deszczowe to nie tylko taka ekscytująca nazwa, ale koszmarnie wilgotne miejsce, w którym czasem nie pada deszcz. Poznaliśmy różne odmiany deszczu, padającego bez ładu i składu w różnych porach dnia i nocy. Najgorzej jest z ciuchami przeciwdeszczowymi, zaiste trudny wybór: albo nie ubierać i zmoknąć od deszczu, albo ubierać i zmoknąć od własnego potu. I nie pomoże nawet najbardziej na świecie oddychający goretex. O ile w głębokich dolinach wybór ten może być nawet zabawny, o tyle w wyższych chłodniejszych partiach zabawny być już przestaje.
Niesamowite lasy deszczowe wraz z wysokością zmieniają się w lasy bambusowe, które fachowo powinny nazywać się „deszczowymi lasami bambusowymi”. Nareszcie nie będzie krwiożerczych mrówek, które nawet po zabiciu nie odpadają od ciała, tylko wiszą martwe, jak kleszcze. Zaczyna się za to potężne błoto. Austriacy śmieją się z koloru moich gumiaków. Po kradzieży w autobusie dałem Betty swoje buty trekkingowe, a sam kupiłem jedyne w 100% nieprzemakalne obuwie dostępne w Ugandzie – śliczne jaskrawozielone gumiaczki. Okazały się one strzałem w dziesiątkę w panujących w dżungli warunkach.
Kolejnego wieczoru dochodzimy do schronu imienia Johna Matte, szefa klanu tragarzy, ponoć ojca 45 dzieci. Spędzamy kilka godzin na suszeniu centymetr po centymetrze naszych ciuchów nad kociołkiem z węglem drzewnym. Zaczynamy rozumieć po co nam tylu tragarzy. Austriacy nie suszą niczego, pewnie tragarze niosą im suche ciuchy na każdy dzień. Nie biegają też po wodę do rzeki i nie gotują sobie jedzenia. Jedyne co gotują to siebie do wieczornej mięsnej uczty. Kiedy rankiem wmuszam w siebie kolejną porcję jedzenia z proszku o nazwie „słodka chwila”, Austriacy dostają na śniadanie omlety z gorącymi tostami. Muszę wyjść. Mógłbym własnoręcznie w brutalny sposób zamordować pomysłodawcę nazwy „słodka chwila”, albo co gorsza kazać mu to żreć w kółko przez tydzień gnojowi.
Ostatnim etapem i zaporą przed górami są bagna. Nie do ominięcia, wypełniają całe doliny od zbocza do zbocza, zasilane nieustannymi deszczami. Jest kilka sposobów przechodzenia bagien:
I. Sposób pierwszy: skakanie po kępkach traw:
ZALETY: kępki traw się nie zapadają, można skakać „o suchym gumiaku”;
WADY: kępki traw są chwiejne, przy dłuższym skoku między kępkami można nie utrzymać równowagi i wpaść głęboko w błoto;
II. Sposób drugi: „na owada”, tzn. przebieranie nogami tak szybko, że żadna z nóg nie zdąży się zbyt głęboko zapaść (jak niektóre owady biegające po wodzie):
ZALETY: można przebyć w ten sposób nawet ciężkie, nie rokujące nadziei odcinki;
WADY: sposób dość zawodny na wysokości 4000m, błyskawiczna zadyszka może doprowadzić do zatrzymania na dłużej w połowie zaplanowanego odcinka;
Jak nietrudno się domyślić stosowaliśmy w terenie bagiennym sposób łączony, będący kombinacją sposobu I i II, dziękując jednocześnie Opatrzności Bożej oraz Chciwości Murzynów, że nie musimy mieć na sobie 20 kg plecaków, z którymi na plecach oba w/w sposoby byłyby niezwykle zawodne. Po przejściu bagien Austriacy przestają się śmiać z koloru moich gumiaczków.
Ja z kolei przestaję się śmiać z ich obsługi logistycznej, najbardziej doskwiera brak bardziej stałego pokarmu. Na jednym z postojów udało mi się wyżebrać od naszego przewodnika metodą „na współczucie” jedną kromkę chleba. Uradowany przetargałem kromkę na pół i podbiegłem do Betty aby podzielić się tą fantastyczną wiadomością, że dostałem od murzyna kromkę chleba, Betty jednak nie wydawała się być zachwycona tym faktem. Zjadłem obie połówki sam, w zadumie i skupieniu.
Spotykamy przemoczonych i zmiętych Norwegów, wracających z nieudanej próby wejścia na Margheritę. Opowiadają o tym jak ciężko wspinać się na mrozie, kiedy wszystkie ubrania i buty są mokre.
Po chłodnej nocy spędzonej na 4000m jeden z Austriaków o pomarszczonych stopach chce odkupić ode mnie gumiaczki w śmiesznym przecież jaskrawozielonym kolorze. Zrezygnowałem jednak z ubicia interesu życia, wiedząc już doskonale, że będę miał szansę wejścia na szczyt tylko pod warunkiem wspięcia się jak najwyżej w gumiaczkach i założenia suchych butów z rakami dopiero w decydującej fazie. Morał z opowieści Norwegów był dla mnie jasny - kluczem do wejścia na szczyt będzie dobra logistyka, tzn. doniesienie jak najwyżej suchych butów, skarpetek, rękawiczek i kurtki puchowej. Łatwo powiedzieć, tyle że w ogólnej wilgoci i stęchliźnie nawet rzeczy owinięte szczelnie w reklamówki zdają się być jakieś lepkie, wilgotne i śmierdzące. Ubranie na sobie mam mokre i utaplane po uda w błocie.
Jeśli tak wygląda pora „sucha”, to co się dzieje w porze „deszczowej”, zapytałem nieopatrznie naszego przewodnika. Osuwają się zbocza górskie, podsumował krótko.
Tak bardzo znienawidziłem wodę podczas tego wyjazdu. Poprzysięgam najgorsze zemsty na wodzie, że nie będę się mył przez miesiąc, albo jeszcze coś gorszego.
Popołudniu świeci piękne słoneczko, wlewając w dusze nadzieję na lepsze jutro i skłaniając do mądrych i uczonych dyskusji o barometrze i podnoszącym się ciśnieniu, uciętych przez nagły powrót pogody do normy. Nadal pada deszcz.
MARGHERITA
Czekamy na okienko pogodowe. Jest ! Wychodzimy. Ledwo kilkanaście minut „okienka”. Znowu deszcz. Spełniają się koszmary z opowieści Norwegów, na wysokości 4300m deszcz płynnie, bez żadnego wytchnienia zamienia się w śnieg i robi się chłodno. Przemykamy po skalnych zboczach w gumiakach, trzymają zadziwiająco dobrze na skale, to chyba z powodu miękkiej gumy. Austriacy pozostają tego dnia na 4000m, jedni chcą odpocząć, inni suszyć buty, jeszcze inni schodzą z powodu kłopotów z wysokością. Około 12.00 docieramy do schronu Elena na wysokości 4500m. Krótka narada z przewodnikiem, który twierdzi, że warunki są „dobre i stabilne”. W tutejszym slangu „dobre” oznacza widoczność na poziomie umożliwiającym zobaczenie partnera na drugim końcu liny. Jeśli partnera nie widać, to warunki są „złe”. Z kolei „stabilne” oznacza, że wskazany poziom widoczności nie ulega częstym zmianom.
Wychodzimy więc w warunkach, w których w Europie nikt normalny nie wychyla głowy ze schroniska – śnieżyca, wiatr, mgła, widoczność 30-50m. „Dobre i stabilne” warunki jak na Ruwenzori, gdzie rozbuchane wilgotne równikowe powietrze bez końca rozbija się o góry. Góry, których przez kilka dni podejścia nie mieliśmy nawet szansy zobaczyć. Trzeba mieć szczęście, żeby się odsłoniły.
Zaśnieżone żlebiki i żeberka skalne wyprowadzają nas na wielkie plateau Stanley’a. Goretexy z mokrych robią się zalodzone i sztywne. Na plateau nie ma skałek dających punkt odniesienia. Jest tylko biel. Prawdziwy test dla naszego przewodnika. Odcinek ten nazwałem „próżnią” ponieważ nie widać nic, ziemia, niebo, wszystko jest jednolicie białe. Jak przed stworzeniem świata. Widać tylko zawieszone w próżni postaci. Jeśli Betty podnosi się nagle w próżni do góry, to znaczy że będzie pod górkę. Ja w ogóle niewiele widzę. Wyglądamy z Betty jak popaprańcy, ja mam na nosie „okulary lodowcowe” wycięte z kartoniku po soczku mango (z dwoma płaskimi nacięciami dla ochrony przed ślepotą śnieżną) oraz kufajkę zamiast kasku, Betty jak kot w butach, w moich trekkersach o 5 numerów na nią za dużych, na tym jeszcze raki.
Przewodnik jakimś cudem znajduje w tej mgle obejście Mt Aleksandry – jeden zjazd i trawersujemy jej zbocza, 4800m. Teraz już prosto w górę, tylko 300m. Śnieżne zbocze i zaporęczowany mikstowy odcinek wyprowadza wprost na łatwą grań szczytową, aż do tablicy, która jest jedynym obiektywnym dowodem osiągnięcia wierzchołka. Jedynym, bo nie widać nic. Godzina 17.00, wysokość 5109m, w ciągu dnia zrobiliśmy 1100m podejścia, a o 19.00 będzie ciemno. Nie tracimy czasu.
W drodze powrotnej podczas ponownego trawersowania plateau Stanley’a fantastyczna niespodzianka – nad masywem nagle rozdziera się niebo, ukazując jak na dłoni wszystkie wspaniałe wierzchołki – Margheritę, Aleksandrę, Elenę i wiele innych, no jednym słowem całą angielską rodzinę królewską z końca XIX wieku. Unikatowy spektakl, mieliśmy szczęście. Widowisko trwa kilkanaście minut, po czym wszystko wraca do normy – śnieg, zawierucha, mgła. Zjazd nad schronem Elena robimy już po ciemku.
Jakże miłe powitanie – dwójka tragarzy wybiega z Eleny, krzyczy, cieszy się, ściskają mnie. Jakie to niesamowite, pomyślałem sobie, że ci prości ludzie tak bardzo cieszą się z naszego zdobycia góry, celu dla nich tak bardzo abstrakcyjnego. A jednak potrafią gratulować nam sukcesu.
Jakiś czas później dowiedziałem się, że tragarze w swoim dziwnym języku wcale nie gratulowali nam zdobycia szczytu, tylko tak strasznie się cieszyli, że nie będą już musieli marznąć w dziurawym, wyziębionym i przewianym schronie na wysokości 4500m.
POWRÓT
Droga w dół chociaż równie ciężka i mokra, nie mąciła już mojego spokoju. Wejście na Margheritę spowodowało, że wszelkie przeciwności przyjmowałem już z uśmiechem na twarzy, a wszędobylską wilgoć i deszcz traktowałem jako specyficzne ozdobniki tych dziwnych gór, które dane mi było oglądać zaledwie przez kilkanaście minut.
Uśmiech towarzyszył mi już do końca pobytu w Ugandzie, a nawet pogłębiał się z dnia na dzień, kiedy odkrywaliśmy uroki tego kraju – wiatr smagający twarz na motorze, gdy drogę przebiegają zebry, guźce i małpy, noclegi nad jeziorem, w którym pomrukują hipopotamy, uganianie się po buszu za hienami, antylopami i zebrami, śmieszne kameleony i wreszcie plaże nad jeziorem Wiktorii. Jeziorem, które w Europie pewnie nazywałoby się morzem.
Później Betty odlatuje już do domu, a ja spędzę jeszcze dwa dni w Kenii, w Mombasie. Na pewno będzie fajnie, portowe miasta są takie kolorowe i ciekawe...
*****************************************************************************************
EPILOG
kap, kap... taaak, spisanie ostatnich przygód to był dobry pomysł, przesunął wskazówkę zegarka o kilka godzin do przodu, i to bez ruszania się z łóżka. Tulę się do poduszki, której w domu bałbym się nawet dotknąć patykiem. Koniec pieniędzy. Zostało 1000 szylingów w kieszeni i 30 dolarów jakby co na ewentualny podatek wyjazdowy z tego bajzlu. Cóż, nie będzie kupowania pamiątek. Odliczam godziny do osiągnięcia Bram Raju. Jeszcze szesnaście, strasznie dużo, chyba nawet zegarek działa wolniej w tym ukropie. Bramy Raju do właz do samolotu. Tam będzie klimatyzacja. I piwo. Tutaj, w piekle portowego miasta nawet odpoczynek jest męczący. Sen jest krótki i przerywany, zresztą jak tu zdrowo zasnąć po całym dniu nicnierobienia ? Niczego nie pozwiedzam i nie zobaczę, jakoś przewegetuję te dwie doby. Jedne z najdłuższych w moim życiu. ...kap, kap...
Mombasa, 27.01.2008
_______________
Tekst autorstwa Sławomira
Kaweckiego a Betty to Beata Michalska
12.

11.
Notatka o prusiklowaniu ............... 2006 r.
W aspekcie niedzielnego treningu z "ratownictwa szczelinowego" wynikł problem - jakich pętli używać.
Po analizie poniższych tabelek - każdy może sam wnioski wyciągnąć.
Według mnie do prusików /awaryjnych/ powinniśmy używać pętli minimum 4 mm niezależnie od materiału z jakiego są zrobione, do nożnego prusika /dla ekstremalistów/ polecałbym 3 mm kevkar/ . Przy okazji chcę zaznaczyć, że pętla nożna do Poigne powinna mieć minimum 4 mm. Chcę zaznaczyć, że to są moje poglądy i niekoniecznie są jedynym aksiomatem w tej kwestii. Jeszcze jedno - prusików w tej "dobie używany jedynie awaryjnie" - ale mimo wszystko należy to opanować.
Jerzy Ganszer
Dane są podane w jednostkach daN Uwaga - 1 daN = 0,981 kg/
|
Wytrzymałość na zrywanie |
||||
| Średnica mm | Odpis z "prospektu" o linach /sklep z linami koło tunelu/ | internet - Lanex | internet | |
| kevlar "Czeski" | dynema "Czeska?" | tworzywo sztuczne /najbardziej popularne/ | Beal | |
| 2 | 70 | |||
| 3 | 220 | - | 190 | 180 |
| 4 | 440 | 300 | 340 | 330 |
| 5 | 560 | 400 | 510 | 580 |
| 6 | 710 | 480 | 1000 | |
Uwaga - z powyższej tabelki widać "że pewne zależności" są "dość problematyczne do analizy".
10.
W następujących obiektach jaskiniowych Polskich Karpat Fliszowych stwierdzono obecność studniczka /Niphargus Tatrensis - Wrześniowski/
Jaskinia Malinowska K.Bs-03.31 /stanowisko historyczne/
Jaskinia Mokra K.Bs-02.09
Jaskinia Miecharska K.Bs-03.77
Schron nad Drogą III K.Bs-02.68
Pewne dane na ten temat można znaleźć w Bazie Danych Polskich Karpat Fliszowych na stronie internetowej SBB.
J.G.
9
.Eksploracja
i inwentaryzacja jaskiń polskich Karpat Fliszowych(
wrzesień 2005 r. – sierpień 2006 r.)Grzegorz Klassek, Tomasz Mleczek
Klub Taternictwa Jaskiniowego „Speleoklub” z Bielska-Białej (SBB)Nowe
materiały
inwentaryzacyjne prezentowane
są w „Zacisku”
– biuletynie SBB,
w „Jaskiniach
Beskidzkich” – biuletynie
SSB, w „Jaskiniach”
– ogólnopolskim piśmie
speleologicznym, jak
również na
stronach internetowych
wymienionych klubów
(www.speleo.bielsko.pl
www.ssb.strefa.pl).
Wyniki prac
eksploracyjno-inwentaryzacyjnych
za okres
od września
2005 r.
do sierpnia
2006 r.
to udokumentowanie
49 nowych
jaskiń
i schronisk
skalnych. Nie
ujęto
jednak obiektów,
w których
prowadzona jest
jeszcze eksploracja.
W rozbiciu regionalnym wyniki te przedstawiają się następująco:
Beskid Śląski
Wiosną
2006 r.
opublikowano największe
odkrycie w
polskich Karpatach
Fliszowych. Członkowie
SBB tzw.
Grupa z
Malinki i
Cz. Szura
przeprowadzili podstawową
eksplorację
i inwentaryzację
Jaskini Miecharskiej
K.Bs-03.77
(1744 m
długości;
56,3
m deniwelacji).
Drugie
znaczące
odkrycie miało
miejsce w
rejonie Stołowa.
Członkowie
Speleoklubu Dąbrowa
Górnicza wyeksplorowali
Jaskinię Dującą
K.Bs-04.47
(582 m
długości;
18 m
deniwelacji). W
tym rejonie
członkowie
SBB Cz.
Szura, B.
Juroszek, M.
Procner, T.
Kudłacz,
K. Borgieł
wznowili eksplorację
w Dziurze
w Stołowie
K.Bs-04.15
(stary problem).
W wyniku
tych prac
długość
jaskini z
4,5
m wzrosła
do 88
m, a
głębokość
z 4
m do
14,3
m.
W
rejonie Grabowej
odkryto 5
obiektów: Cz.
Szura (SBB)
Studnię w
Grabowej K.Bs-04.53
(5 m
długości,
3 m
głębokości),
B. Juroszek
(SBB) Jaskinię
w Grabowej
1 K.Bs-04.48
(5 m
długości),
Szczelinę w
Grabowej K.Bs-04.49
(2 m
długości),
Jaskinię
w Grabowej
2 K.Bs-04.50
(2,5
m długości),
Jaskinię w
Grabowej 3
K.Bs-04.51
(5 m
długości),
Jaskinię w
Grabowej 4
K.Bs-04.52
(4 m
długości).
W
rejonie Malinowa
zlokalizowano nowy
obiekt – B.
Juroszek (SBB)
– Studnię
w Malinowie
II K.Bs-03.76
(51 m
długości,
8,1
m głębokości),
a Jaskinia
w Malinowie
VI zwiększyła
długość
do 24,5
m.
Zwiększyła się również długość Jaskini Srebrnej K.Bs-03.39 do 32,5 m eksplorowanej przez K. Wrzeszcz i J. Ganszera (SBB).
Ponadto
zinwentaryzowano: Cz.
Szura (SBB)
– Schron na
Olzą I
K.Bs-01.05
(5 m
długości),
Schron nad
Olzą II
K.Bs-01.06
(3 m
długości);
T. Jonderko,
J. Ganszer
(SBB) – Okap
na Kotarzu
K.Bs-04.54
(2 m
długości),
Schron pod
Płytą
na Kotarzu
K.Bs-04.55
(4 m
długości);
J. Ganszer,
A Kucharczyk
(SBB) – Dolną
Kaskadę Rodła
K.Bs-02.90
(4,5
m długości).
Beskid Mały
Długość Schroniska w Międzybrodziu K.Bm-01.09 uległa zmniejszeniu do 4,5 m (R. Głowacki).
Pogórze Śląskie
Schronisko w Marklowicach K.Ps-01.01S (obiekt konsekwencyjny) w wyniku odgruzowywania (osoby i okoliczności nieznane) długość obiektu zwiększyła się z 4,5 m do 7,5 m – ewentualne zasoby archeologiczne mogły ulec zniszczeniu.
Beskid Niski
Głównym celem prac eksploracyjnych
prowadzonych przez członków SSB na tym terenie, jest położona w osuwisku w
Lipowicy Lodowa Szczelina. Ma ona obecnie ponad
200 m
długości, również w wyniku przyłączenia doń Jaskini Zmarzłej (L-36).
Również
w Jaskini Drwali-Słowiańskiej poznano nowe partie, a to głównie w wyniku
działalności
W. J. Gubały (SSB). Długość tego największego obiektu Beskidu Niskiego wzrosła
do 599 m. W.J. Gubała splanował ponadto Schronisko Miodowe (4 m
długości), Dziurę przy Drodze (2 m długości) oraz wydłużył do 23 m
Jaskinię Ukrytą (L-5). Odkryta została też Studnia Zgody
(12 m długości, 4,1 m głębokości).
Na sąsiedniej Cergowej W. J. Gubała zinwentaryzował 8 nowych obiektów, wśród których największym z nich jest Jaskinia Księżycowa (8,5 m długości). Ten sam splanował nowe partie w Jaskini gdzie Spadł Samolot (ma obecnie 32 m długości i 5,4 m głębokości).
W innych częściach Beskidu Niskiego W. J. Gubała splanował: (w rejonie Bodaków) Schronisko w Ostrej Górze III (2,2 m długości), Holską Dziurę (5 m długości), Schronisko Wodne II (4 m długości) oraz (w masywie Kornut) Schronisko Serowe (5 m długości).
W pobliżu Krempnej T. Mleczek i B.
Szatkowski splanowali też Beretową Kolebę
(4 m długości).
Pogórze Rożnowskie
W. J. Gubała podczas jednej z wycieczek 9. Międzynarodowego Sympozjum Pseudokrasowego w Bartkowej wyeksplorował Schronisko Sympozjalne (2,5 m długości).
Pogórze Ciężkowickie
W tym rejonie zinwentaryzowano szereg
niewielkich obiektów wśród skałek
w pobliżu Ciężkowic. Najpierw T. Mleczek i B. Szatkowski (SSB) splanowali
Grotę Czyżyka (4 m długości) i Suchą Dziurę (2 m długości), a
następnie W. J. Gubała: Schronisko za Grunwaldem I i II
(po 2,5 długości), Schronisko w Warowni Dolnej (3 m długości), Niszę
nad Wodospadem Czarownic (5 m długości), Schronisko Czarownic
(4,5 m długości), Studnię Czarownic (3,5 m długości) oraz Okap nad
Wodospadem Czarownic (2,5 długości).
Pogórze Strzyżowskie
W. J. Gubała i T. Mleczek (SSB) w Krajowicach koło Jasła zinwentaryzowali dwie jaskinie: Mokrą Izdebkę I (10 m długości) i Mokrą Izdebkę II (9 m długości). Położone są one w obrębie wychodni piaskowca rozciętej erozją przez bezimienny potok.
T. Mleczek, R. Solak, B. Szatkowski i
T. Kałuża splanowali ponadto: Schron Piec
w Głobikowej (2 m długości), Schronisko w Kamieniołomie w Stępinie (3
m długości), Szczelinę w Harkowej Skale (4,5 m długości) oraz Dusiową
Jamę (9 m długości). Dwa ostatnie obiekty znajdują się w grupie skałek w
przysiółku Piaski koło Gogołowa.
W kamieniołomie w Cieszynie T. Mleczek i B. Szatkowski zinwentaryzowali Pańską Jamę (5 m długości).
Góry Sanocko-Turczańskie
Ekipa SSB zinwentaryzowała Szczelinę
w Kamieniołomie w Bóbrce (4 m długości,
3 m głębokości).
Według stanu na 31 sierpnia 2006 r. w polskich Karpatach Fliszowych istnieje 890 zinwentaryzowanych jaskiń i schronisk skalnych o łącznej długości 16.015,7 m (Tab. 1); 26 jaskiń osiąga długość ponad 100 m (Tab. 2); 18 jaskiń ma deniwelację równą lub większą od 15 m (Tab. 3).
Tab. 1. Rozmieszczenie i wielkość jaskiń polskich Karpat Fliszowych
|
Region |
Ilo ść jaskiń i schronisk skalnych |
Łą czna długość( m) |
| Beskid Śląski |
220 |
6483,5 |
| Kotlina Żywiecka |
2 |
25,5 |
| Beskid Żywiecki |
43 |
839,9 |
| Beskid Mały |
49 |
867,8 |
| Beskid Makowski |
21 |
401,5 |
| Beskid Wyspowy |
64 |
1047,0 |
| Gorce |
36 |
331,5 |
| Beskid Sądecki |
79 |
1333,3 |
| Beskid Niski |
201 |
2965,2 |
| Bieszczady |
14 |
184,0 |
| Góry Sanocko-Turczańskie |
7 |
41,0 |
| Pogórze Śląskie |
2 |
11,0 |
| Pogórze Wielickie |
14* |
93,0 |
| Pogórze Wiśnickie |
7 |
42,0 |
| Pogórze Rożnowskie |
66 |
956,0 |
| Pogórze Ciężkowickie |
31 |
182,5 |
| Pogórze Strzyżowskie |
11 |
55,0 |
| Pogórze Dynowskie |
23** |
156,0 |
| Razem |
890 |
16015,7 |
* uwzględniono 3 próżnie pseudokrasowe w Kopalni Soli w Wieliczce
** poza tym udokumentowano tu 29 obiektów konsekwencyjnych
Tab. 2. Najduższe jaskinie polskich Karpat Fliszowych
|
L.p. |
Nazwa jaskini |
Region |
Długość (m) |
|
1. |
Jaskinia Miecharska | Beskid Śląski |
1744,0 |
|
2. |
Jaskinia w Trzech Kopcach | Beskid Śląski |
1244,0 |
|
3. |
Jaskinia Drwali-Słowiańska | Beskid Niski |
599,0 |
|
4. |
Jaskinia Dująca | Beskid Śląski |
582 |
|
5. |
Jaskinia Głęboka w Stołowie | Beskid Śląski |
554,0 |
|
6. |
Jaskinia Zbójecka w Łopieniu | Beskid Wyspowy |
433,0 |
|
7. |
Jaskinia Oblica | Beskid Żywiecki |
416,0 |
|
8. |
Diabla Dziura w Bukowcu | Pogórze Rożnowskie |
365,0 |
|
9. |
Jaskinia Niedźwiedzia | Beskid Sądecki |
340,0 |
|
10. |
Mysiorowa Jama w Zagórzu | Beskid Makowski |
282,5 |
|
11. |
Jaskinia Malinowska | Beskid Śląski |
230,5 |
|
12. |
Lodowa Szczelina | Beskid Niski |
ok.. 200 |
|
13. |
Jaskinia Mroczna | Beskid Niski |
198,0 |
|
14. |
Gangusiowa Jama | Beskid Niski |
190,0 |
|
15. |
Jaskinia Dziurawa | Beskid Mały |
160,0 |
|
16. |
Jaskinia Złotniańska | Beskid Sądecki |
155,0 |
|
17. |
Czarci Dół | Beskid Wyspowy |
140,0 |
|
18. |
Jaskinia Roztoczańska | Beskid Sądecki |
140,0 |
|
19. |
Jaskinia w Straconce | Beskid Mały |
135,0 |
|
20. |
Jaskinia Chłodna | Beskid Śląski |
125,0 |
|
21. |
Jaskinia Czarne Działy III | Beskid Mały |
115,0 |
|
22. |
Jaskinia Salmopolska | Beskid Śląski |
115,0 |
|
23. |
Jaskinia Szkieletowa | Pogórze Rożnowskie |
110,0 |
|
24. |
Szczelina Lipowicka | Beskid Niski |
105,0 |
|
25. |
Złotopieńska Dziura | Beskid Wyspowy |
105,0 |
|
26. |
Jaskinia w Sopotni Wielkiej | Beskid Żywiecki |
101,0 |
Tab. 3. Najgłębsze jaskinie polskich Karpat Fliszowych
|
L.p. |
Nazwa jaskini |
Region |
Deniwelacja (m) |
| 1. | Jaskinia Miecharska | Beskid Śląski |
56,3 |
| 2. | Diabla Dziura w Bukowcu | Pogórze Rożnowskie |
- 42,5 |
| 3. | Jaskinia w Trzech Kopcach | Beskid Śląski |
32,6 |
| 4. | Jaskinia Niedźwiedzia | Beskid Sądecki |
- 28,0 |
| 5. | Jaskinia Głęboka w Stołowie | Beskid Śląski |
- 25,0 |
| 6. | Jaskinia Drwali-Słowiańska | Beskid Niski |
- 23,8 |
| 7. | Jaskinia Oblica | Beskid Żywiecki |
- 21,1 |
| 8. | Jaskinia Malinowska | Beskid Śląski |
- 19,5 |
| 9. | Jaskinia Szkieletowa | Pogórze Rożnowskie |
19,0 |
| 10. | Jaskinia Zbójecka w Łopieniu | Beskid Wyspowy |
- 19,0 |
| 11. | Jaskinia Dująca | Beskid Śląski |
18,0 |
| 12. | Jaskinia Dolna w Nasicznem | Bieszczady |
- 17,0 |
| 13. | Jaskinia w Straconce | Beskid Mały |
- 16,9 |
| 14. | Jaskinia Chłodna | Beskid Śląski |
- 16,5 |
| 15. | Jaskinia Mroczna | Beskid Niski |
- 15,5 |
| 16. | Feleczyńska Studnia | Beskid Sądecki |
- 15,0 |
| 17. | Jaskinia gdzie Wpadł Grotołaz | Beskid Niski |
- 15,0 |
| 18. | Dydiowska Jama | Bieszczady |
- 15,0 |
8.
Jaskiniowa Baza Danych Polskich Karpat Fliszowych
Na stronie www Speleoklubu Bielsko-Biała od kilku lat funkcjonuje duża /kilkaset pozycji/ jaskiniowa baza danych. Jest to jedyna w Polsce tego typu ogólno-dostępna baza. Generalnie jest ona uszeregowana w formie tabeli: nazwa jaskini, kod obiektu, długość, deniwelacja, głębokość, przewyższenie i literatura - źródła.
Zestawienie jest uszeregowane /obszarami/ regionami /Beskid Śląski, Beskid Żywiecki itp. - patrz Jaskinie Polskich Karpat Fliszowych tom 2 1997 - wkładka/. W ramach regionów obiekty jaskiniowe uszeregowane są według kodów narastająco.
W kolumnie "źródła-literatura" umieszczono pozycje zaistniałe po ukazaniu się Inwentarzy Jaskiń Polskich Karpat Fliszowych tom I,II,III / w latach 1997-98 / wydanych przez Polskie Towarzystwo Przyjaciół o Ziemi. Są tam podane też daty sprawozdań członków SBB - jeżeli ktoś jest zainteresowany daną pozycją może wejść do sprawozdań /również na naszej stronie www/ i uzyska więcej danych. W kolumnie tej można zauważyć też dokumenty internetowe o odpowiednim symbolu /generalnie jest to data planowania, lub eksploracji/, jeżeli ktoś chce się zapoznać z tą pozycją to może wejść do dokumentów jaskiniowych na naszej stronie i tam zobaczy inne dane - opis, plan. Ta ostatnia pozycja jest zastępczą formą publikacji planu i opisu, głównie z tego względu, że większość "poczytnych" czasopism jaskiniowych nie chce umieszczać na swoich łamach małych obiektów tego typu.
Przy symbolach czasami pokazują się znaki: "X" - oznacza, że dany obiekt jaskiniowy został skreślony z listy /mógł się połączyć z innym przyjmując jego nazwę, lub jest to "fikcja literacka" , "N" - oznacza generalnie zawalenie całości lub tylko otworu uniemożliwiającego wejście do obiektu /w przypadku odkopania literka "N" znika/, "S" - oznacza obiekt sztuczny. Litera "K" przy symbolu oznacza słowo - Karpaty
Nastąpiły zmiany w rozmieszczeniu obszarów występowania jaskiń /patrz wkładka tom II/
W opisywanej bazie są nanoszone współrzędne GPS - ale mając na uwadze ochronę jaskiń nie podaje się tego do publicznej wiadomości.
Baza jest średnio uaktualniana minimum raz na dwa tygodnie.
Na zakończenie można podać jako ciekawostkę, że na stronie www SBB można znaleźć spis zdobywców Jaskini w Trzech Kopcach /tych, którzy się wpisali do zeszytu pozostawionego w końcowych partiach. Średnio raz w roku /po wyniesieniu zeszytu/ są uaktualniane dane - większość to turyści - jak na razie nie zauważono wzrostu zanieczyszczenia tego obiektu "chęcią zaistnienia w tym spisie".
Jerzy Ganszer
Speleoklub Bielsko-Biała 2006 r.
7.
Speleoklub Bielsko-Biała rok 2006 - statystyki, wydarzenia, osiągnięcia
Jest to luźne podsumowanie ciekawych wydarzeń, opracowane na podstawie danych ze strony internetowej SBB.
Gdyby ktoś uznał, że pewne inne fakty są godne wyróżnienia - to może to uczynić w luźnej formie i zostanie to dopisane poniżej.
----------------------------------------
Rekord głębokości mają Marcin Procner i Bartłomiej Juroszek w Jaskini Wielka Śnieżna - 785 m.
Najwyższy szczyt w historii naszego klubu - Cho Oyu 8201 m - zdobył Krzysztof Apanasewicz.
Grzegorz Michałek zdobył szczyt Island Peak 6183 w Himalajach
W Alpach po przejściu Żebra Hastlera ekipa: Wacław Michalski, Beata Michalska, Dominika Michalska, Jerzy Ganszer, Anna Smoter /do grani/ zdobyła Aletschorn 4195 m.
Krzysztof Apanasewicz zjechał na nartach z Mont Blanc.
Granacką Przełęcz na nartach /od południa/ zdobyli Zofia Chruściel i Jerzy Ganszer
Koronę Bańdziocha w akcji kilkudniowej zdobyli Bartłomiej Juroszek i Jakub Pysz. W tej chwili mamy już trzy osoby, które zdobyły Koronę.
Ekipa Czesław Szury odkryła wiele ciągów korytarzy w Jaskini Wielkiej Litworowej.
Ekipa Lubomira Zawieruchy ma pewne osiągnięcia eksploracyjne w Suchym Wywierzysku w Sudetach .
Odbyła się wyprawa narciarska na Popa Iwana 2022 na Ukrainie - kierownik Michał Smoter.
Godny odnotowania jest fakt, iż nasz kolega klubowy Bartłomiej Juroszek pod ziemią spędził 33 dni!!
W Beskidach działano w wielu mniejszych obiektach. Główne osiągnięcia to wyeksplorowanie Dziury w Stołowie K.Bs-04.15 dł. - 88 m /Szura, Juroszek, Procner, Kudłacz, K.Borgieł/, oraz "upublicznienie Jaskini Miecharskiej K.Bs-03.77 przez C.Szurę.
Odkrycie najwyższego stanowiska w Polsce - podkowca małego w Jaskini nad Grzebieniem K.Bs-03.41
W tym roku mieliśmy 6 absolwentów taternictwa jaskiniowego
Nowe dzieci naszej społeczności to Daniel Kruczalak i Antoni Grzegrzułka
Odbył się coroczny Maraton Jaskiniowy, Biwak Zimowy i wyjazd dla Weteranów.
Były zagraniczne wyjazdy kanioningowe w tym jeden do wodospadu w Sopotni Wielkiej
Odbyła się wyprawa do Rêseau de la Pierre Saint Martin - w czasie 18 godzin ekipa 9-osobowa z górnego otworu Gouffre du Beffroi (SC3) dotarła do sali Verna na gł. - 1054 m. wychodząc tunelem. Organizatorem wyjazdu był C.Szura.
Jan Adamus - najstarszy członek naszego klubu - na rowerze dojechał do Rzymu i samodzielnie powrócił.
Odbyła się dość uciążliwa akcja jaskiniowa z Lodowej Litworowej do Nowego Dna Ptasiej przez Studnię z Rękawiczką. Niewątpliwie była to pierwsza akcja klubowa na tej trasie.
Marek Bogacki zdobył Mont Blanc z członkami Speleoklubu Olkusz.
Wiele zespołów wspinało się w Tatrach Wysokich, często była odwiedzana Zamarła Turnia.
W nurtach Wisły zginął nasz kolega Dominik Laszczak.
----------------
Powyższe zestawienie nie jest ułożone chronologicznie, wiele faktów nie zostało odnotowanych. O wszystkim można poczytać na naszej stronie www. To jest jedynie próba zaznaczenia pewnych ważnych wydarzeń w Naszym Klubie. Jedno jest pewne - nasza działalność jest nieprawdopodobnie bogata i bardzo różnorodna Jeżeli forma się przyjmie to podobne zestawienia możemy robić w następnych latach.
Zachęcam do przysyłania danych uzupełniających, które zostaną umieszczone poniżej.
Powyższy tekst będzie w "komunikatach" w Dziale Ganszera. Jeżeli Redakcja Zacisku uzna za stosowne to może to opublikować.
Zważywszy, że jak zwykle spodziewam się "intelektualnych ataków" na następny mój pomysł, to od razu wszystkich przepraszam, że nie zostali w powyższym zestawieniu ujęci, lub odpowiednio "uwypukleni".
----------------------------
Na zakończenie można dodać, że w roku 2007 w odpowiednim zestawieniu na naszej stronie www obok głębokich jaskiń, szczytów pow. 2500 m jest prowadzone zestawienie "wielkich" trawersów jaskiniowych, wspinaczek górskich, narciarskich przewyższeń pow. 1000 m i pokonanych kanionów.
Jerzy Ganszer
6.
Jaskinie Polskich Karpat Fliszowych - stan na 2005.09.23
W tej chwili oficjalnie jest zarejestrowanych 844 obiekty o łącznej długości 13154,50 m. Od momentu ukazania się inwentarzy Jaskiń Beskidzkich /lata 1997-1998/ 18 obiektów uległo zawaleniu o łącznej długości 102.50 m. W liczbie tej nie podano ciągów jaskiniowych uległych zawaleniu w jaskiniach nadal istniejących.
W Bazie Danych jest zarejestrowanych 23 obiekty sztuczne /niejednokrotnie przypominające jaskinie/ o łącznej długości 350 m.
Mało znaną, a "najwyższą" naszą beskidzką jaskinią jest Jaskinia Wysoka K.Pr-01.16 o dł. 17 m. i przewyższeniu 8 m.
Jest zarejestrowanych 8 obiektów /naturalnych/o dł. 1,5m - mimo małych rozmiarów, niejednokrotnie są godne uwagi!
Obiektów od 1.7 m do 2,0 m mamy 69 /naturalnych/.
Najwyżej położonym obiektem w naszych Karpatach Fliszowych to - Diabla Koleba /w kopule szczytowej Babiej Góry/
Najwyżej położone stanowisko nietoperza to - Zbójnicka Grota w Babiej Górze K.Bż-04.01
Najwyżej położone stanowisko Podkowca Małego to - Jaskinia w Jaworzynie K.Bs-03.03
Najwyżej położone stanowisko Studniczka to - Jaskinia Malinowska K.Bs-03.31 /stanowisko historyczne/
A teraz podajemy ciekawostki - niekoniecznie związane z powagą artykułu:
22 dwa obiekty rozpoczynają swoją nazwę od słowa "Dziura"
17 obiekty to "Jamy"
Jaskiń Lisich mamy dwie istnieje jeszcze Jaskinia Lisia Jama, oprócz tego są trzy Lisie Jamy i dwie Lisie Nory
Jaskiń lodowych w aspekcie nazwy są trzy.
Jaskiń Pajęczych mamy dwie, są jaskinie święte - Jana, Justyna, Szczepana, Świerada /pieczara/.
W Beskidzie Śląskim i Małym są obiekty o nazwie - Nora Klasska, Schron Gdzie Ganszera nie Było, Schron Pukowskiego, Schronisko Pukusia. Obiekty te są na tyle małe, że nikt nie powinien mieć większych uwag do "nazewnictwa".
Mamy 19 okapów, 2 Schrony pod Głazem i 3 Schroniska pod Głazem, 17 nazw rozpoczyna się od słowa "Studnia" podobnie 44 rozpoczynają się od słowa "Szczelina".
Występują "Szpary" - 3 obiekty, "Śmietniki" - 4. Pięć obiektów rozpoczyna się od słowa "Zbójecka"
Nazwy oryginalne: Jaskinia Siekiera, Spalona, tam Gdzie Wpadł Czołg, Lepka Studnia, Nora Cyklistów, Schronisko pod Amantem, Schronisko Trumna, Schronisko z Wnykami, Szpara w Kobylej, Świńskie Okno,
Niewątpliwie ciekawostek tego typu można przytoczyć więcej !
Jerzy Ganszer
5.
Artykuł do Zacisku - autor J.Ganszer /wersja 2006.04.16/
Podkowiec mały - najwyższe stanowiska jaskiniowe występowania tego ssaka w Polsce
| Jaskinia | Kod | Wysokość n.p.m. | Pomiar wysokości | Pierwsi odkrywcy - uwagi | Źródło |
| Jaskinia nad Grzebieniem | K.Bs-03.41 | 1090 | J.Ganszer | J. Ganszer - 2006.04.13 /wysokość otworu należy zweryfikować/ | Sprawozdanie SBB 2006.04.13 |
| Jaskinia w Jaworzynie | K.Bs-03.03 | 1073 | J.Pukowski | J.Ganszer, Z.Grebl - 2002.11.03 | Sprawozdanie SBB 2002.11.03 |
| Jaskinia Świętego Szczepana | K.Bsd-02.23 | 1020 | E.Borek | Prawdopodobnie E.Borek - 1992.12.26 | Jaskinie Polskich Karpat Fliszowych tom 2 /Pulina/ 1997 |
| Wietrzna Dziura | K.Bsd-01.05 | 1005 | E.Borek | Prawdopodobnie E.Borek - 1989.10.28 | Jaskinie Polskich Karpat Fliszowych tom 2 /Pulina/ 1997 |
| Jaskinia Dująca | K.Bs-04.47 | 999 | W.Porębski | M. Pawełczyk - 2005.11.12 | Wiadomość "prywatna" od odkrywcy |
| Jaskinia w Stołowie | K.Bs-04.13 | 981 | P.Beczała | R. Mysłajek - 1998.03.14 | R.Mysłajek - Jaskinie Beskidzkie 1/1999 |
| Jaskinia Głęboka w Stołowie | K.Bs-04.34 | 979 | J.Ganszer | 2006.02.25 J. Drąg potwierdza obecność dwóch podkowców, natomiast E. Pocha i R. Muzyczka zaprzeczają | Sprawozdanie SBB 2006.02.25 |
| Jaskinia w Trzech Kopcach | K.Bs-04.10 | 972 | P.Beczała | Podkowce małe występowały tam od "zawsze" |
Wyższych stanowisk można się spodziewać w kopule szczytowej Klimczoka, w Jaskini Przed Rozdrożem w Beskidzie Żywieckim, w masywie Babiej Góry i może kiedyś w Tatrach.
4.
Uwagi i zalecenia dla kierownika wyjazdu jaskiniowego w Tatry Polski organizowanego przez Speleoklub Bielsko-Biała
/założenie - wyjazd jest legalny/
Poniższy schemat należy traktować jako pewną ramę pomocną w sposób czynny i psychologiczny nad postępowaniem przed i po wyjazdowym - temat ten nie porusza szerokiej kwestii samej akcji jaskiniowej.
Temat dla różnych klubów o innych przesłankach historyczno-kulturowych, może się wydać dość przesadzony lub wręcz anachroniczny. Lecz w naszym środowisku jak dotąd od wielu lat się sprawdza /choć część osób-kierowników nie zawsze zdaje sobie z tego sprawę/.
Ogłoszenie pomysłu wyjazdu /klub, internet/
Ogłoszenie w sposób jednoznaczny kierownika. Uwaga - kierownik nie musi być osobą z najwyższym uprawnieniem.
Należy zdać sobie sprawę, że osoby z wyższym stopniem /stażem/ nie będący oficjalnym kierownikiem akcji ponosi również odpowiedzialność za bezpieczeństwo przedsięwzięcia.
Należy zorganizować spotkanie przedwyjazdowe
W przypadku sytuacji awaryjnych /choroba, któregoś z uczestników/ istotne jest aby istniał system łączności z kierownikiem
Kierownik ma prawo doboru uczestników wyjazdu !
Kierownik musi wiedzieć kto jedzie na wyjazd !
Należy przeprowadzić podział sprzętu
Kwestia telefonów komórkowych z uwzględnieniem łączności z TOPRem
Sprawa zabrania apteczki !
Sprawa zezwoleń
Sprawa systemu alarmowego /nie tylko oparta na systemie tel. komórkowych/
Należy ogłosić czas i miejsce spotkania przed akcją, przy dużych jaskiniach kierownik może zarządzić przyjazd w przeddzień na bazę /aby lepiej wypocząć, co w efekcie daje większe bezpieczeństwo działalności w jaskini/
Po wyjściu z jaskini kierownik powinien dopilnować /zarządzić/ sposób wycofania się z uwzględnieniem zniesienia sprzętu - generalnie w górach nie poruszamy się pojedynczo!
Należy zdać sobie sprawę, że kierownik ponosi oficjalną odpowiedzialność za przebieg akcji - z tego względu musi czasami wydawać polecenia mogące wydawać się dość "kontrowersyjne" dla niektórych.
Po udanej akcji ma miły obowiązek przyjmowania "większości hołdów"
Ostatnim obowiązkiem kierownika jest dopilnowanie złożenia sprawozdania.
Na zakończenie "tego poważnego wywodu" można dodać, że przy zgranym zespole i dobrej "klasie" kierownika - ingerencja tego ostatniego jest symboliczna, lub wręcz niezauważalna.
Powyższa treść niewątpliwie nie wyczerpuje tematu, lecz mam nadzieje że przyda się innym potencjalnym kierownikom, a szeregowi uczestnicy wyjazdu zdadzą sobie sprawę z istoty sprawy.
Jerzy Ganszer
Autorzy Jerzy Ganszer i Anna Smoter
24 kwietnia 2005 r. ekipa w składzie Anna Smoter i Jerzy Ganszer wybrała się na ekstremalną wycieczkę narciarską na Mylną Przełęcz przez Płytę Lerskiego. Założeniem było, aby zrobić eskapadę wspinaczkowo - narciarską taką trochę bardziej wymagającą niż "normalne" zawody w ski-alpiniźmie. Zabraliśmy sprzęt wspinaczkowy i narciarski. W drodze pod ścianę obserwowaliśmy wspomniane zawody, a nawet w jednym miejscu sędziowie wzięli nas za uczestników. Ze względu na spore zagrożenie lawinowe, pod naszą płytę dotarliśmy od "100" dość solidnie asekurując się - była tam duża szczelina "brzeżna" między ścianą a zalegającym śniegiem. Mieliśmy pewne problemy, aby nie spaść do szczeliny lub aby nie wyjechać w dół ze śniegiem na dodatek jeszcze obijaliśmy o skały nasze narty, które już od dłuższego czasu mieliśmy na plecach. Pokonanie Płyty Lerskiego /letnia II/ nie nastręczało żadnych problemów, było tam mało śniegu i lodu, natomiast problem zaczął się u góry, gdzie jak wszyscy wiedzą są trawki i jest dosyć połogo - w tym czasie zalegało tam sporo śniegu i istniała pewna obawa, że pod wpływem naszego ciężaru wszystko poleci w dół. Na trawersie do Mylnej Przełęczy bardzo solidnie asekurowaliśmy się i zajęło nam to sporo czasu. Podczas pokonywania naszej drogi pogoda zmieniła się z ciepłej i słonecznej na mroźną i wietrzną, powstała nieprzyjemna skorupa lodu na mokrym śniegu. Z samej Mylnej przełęczy nie zjeżdżaliśmy /było tam "nierówno"/ lecz założyliśmy narty kilkadziesiąt metrów niżej. Zjazd był dosyć męczący zważywszy na nasze zmęczenie, zalodzony śnieg i dość spore obciążenie sprzętem wspinaczkowym. Podczas zjazdu pięknymi terenami nieustannie nastrój mącił ratrak kursujący na stokach Kasprowego Wierchu ! Do Kuźnic dotarliśmy dość późno, ale w wyśmienitych nastrojach. Po drodze w ciemnościach niedźwiedzia nie spotkaliśmy, ale słyszeliśmy "podejrzane dźwięki", spotkaliśmy za to samotną turystkę która podchodziła do Gąsienicowej. Na podkreślenie zasługuje godna postawa Ani, która zgodziła się uczestniczyć w tej "ekstremalnej" wspinaczce .... oraz bardzo koleżeńska postawa Jurka, który na pewnym odcinku zwoził mi narty... Niewątpliwie przed kolejnym takim szaleństwem dobrze będziemy się zastanawiać czy na pewno nam się chce...
2.
Góra Trzy Kopce
Jedna z najdłuższych jaskiń Polskich Karpat Fliszowych znajduje się w górze o nazwie Trzy Kopce /Beskid Śląski/. Na szczycie dalej są trzy kopce - choć zarośnięte i słabo widoczne - jest to miejsce, w którym od kilkuset lat zbiegają się trzy granice. Kiedyś była tu nawet granica państwowa między Polską /Koroną/ - Państwo Łodygowickie a Komorą Bielską - Lasy Dóbr Księcia Sułkowskiego /na północy/ - formalnie należących do Czech a potem do Austrii, na południowym - wschodzie rozciągała się Komora Cieszyńska /formalnie należąca również do Czech a potem do Austrii. W tej chwili na szczycie zbiegają się granice między Szczyrkiem, Brenną i Wapienicą /formalnie Bielskiem/
J.G.
1.
Artykuł do Zacisku na 36-lecie Speleoklubu Bielsko-Biała
Jerzy Ganszer
Zeszyt Kasowy rok 1969
W archiwum klubowym znaleziono zeszyt z opłatami klubowymi w pierwszym roku działalności naszego klubu. Jest tam 30 osób, "odpowiednio scharakteryzowanych" przez autora i Grzegorza Klasska.
Jan Adamus - działa do dzisiaj, jest najstarszym członkiem klubu, jest żywym łącznikiem z poprzednim Speleoklubem działającym pod wodzą Jana Hoffmanna
Piotr Holek - umarł na ciężką chorobę, był lubiany przez wszystkich, jego syn o tym samym imieniu przez pewien czas działał w klubie
Grzegorz Klassek - pierwszy historyczny prezes obecnego Speleoklubu, działa dalej głównie w Beskidach
Zbigniew Ładygin - splanował kiedyś Jaskinię w Trzech Kopcach, mieszka obecnie w Zakopanym i czasami "działa literacko"
Szymon Marszałek - lubiał się wspinać
Wojciech Kotliński - szkolny Kolega Klasska
Ryszard Dąbek - szkolny kolega Klasska, jego syn Bartosz działa obecnie w klubie
Danuta Niesyt - była skarbnikiem
Piekarski Przemysław - potem działał w Krakowie
Zbigniew Nowosielecki - działał w GOPRze
Jan Choiński - został wpisany do grona Weteranów
Mieczysław Szczepanik
Stanisław Kubica
Marian Żurek
Roman Świerz
Bolesław Ferfecki - poważna osoba
Stefan Hanula - "mistrz w swojej klasie", "uczył Klasska"
Jerzy Kluka - klubowicze nazywali go "Syrenką", wyjechał do Austrii
Jan Łaciak - honorowy członek klubu, mieszka w Szczyrku, był wytrawnym sportowcem /pierwsze klubowe dotarcie na dno Polski/
Antoni Górny - uczył Ganszera taternictwa jaskiniowego, nie żyje
W. Mikuszewski
Eugeniusz Siedławski
Edward Drabek
Stanisław Czupryna
Józef Gembalczyk
Roman Bonech ?
Antoni Dembowski - syn aktora z Bielska
Piotr Jakubiec
Marian Zalewski
Teresa Jagosz